Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dusza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dusza. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2009

O seksualności

Moim skromnym zdaniem, na świecie panuje obecnie zamęt. Wiadomo, że jedno przeciwieństwo, jedna skrajność rodzi drugą. Z chaosu wyłoni się porządek.
Przez wieki ludzie postępowali zgodnie ze swoją naturą, społeczeństwo nakazało stłumić niektóre odruchy. Na przykład nasze polskie społeczeństwo do niedawna było bardzo pruderyjne, o seksie nie rozmawiano w towarzystwie - co najwyżej opowiadano sprośne kawały. Seks był tabu. Moralność, starsi uczestnicy kultury, religia - wszystko to nakazywało tłumienie seksualności. Wywoływano w nas poczucie winy, kiedy myśleliśmy o tej części ludzkiego życia. Okaleczono nas, implikując nam w psychice sędziego, który potwierdza nam to, co sądzi społeczeństwo - mianowicie, że seks jest zły, że jest jakimś przywilejem, na który można sobie pozwolić tylko po ślubie, że ma służyć jedynie do przedłużenia gatunku. Wstyd, jest czymś szkodliwym - nie chcę żeby to odczytano skrajnie, ale wstyd, który narzuca nam nasza kultura jest zły i krzywdzący, potęguje to, co miał tłumić. Zakazany owoc smakuje najlepiej - czasami smakuje jedynie dlatego, że jest zakazany. Restrykcje powodują i spowodują wybuch seksu.
Jesteśmy istotami cielesnymi, jest to fakt, jest on boleśnie niezaprzeczalny. Dlaczego nasza kultura każe nam się tego zaprzeć? Nie możemy się temu przeciwstawić, dlaczego więc mamy tego nie zaakceptować? Pogódźmy się z tym - trudno, mamy ciała. Ciała, które mają swoje fizyczne potrzeby - snu, pożywienia, utrzymywania stałej temperatury (np. poprzez stosowanie odzieży), ochrony przed fizycznym uszkodzeniem i wreszcie (least but not last) seksu. Z tego, że mamy ciała wynika jednoznacznie (żeby nie powtórzyć sformułowania "boleśnie niezaprzeczalnie"), że potrzebujemy seksu. Wszystkie istoty żywe, posiadające materialne ciała, rozmnażają się. Te, które są trochę bardziej skomplikowane (już od drożdży, jeśli się nie mylę) robią to poprzez seks, a w miarę zbliżania się do szczytu drabiny ewolucji, czerpią z tego przyjemność (orangutany, szympansy, goryle... i człowiek). Nie będzie błędem, jeśli stwierdzę, że (w skali globalnej - międzygatunkowej) wszystko i wszyscy się pieprzą! Seks widać wszędzie! Jest to naturalna, nieodłączna cecha sprzężona z faktem bycia materialną istotą żywą. To są fakty! Nic dobrego nie wynika z zaprzeczania faktom. Co dobrego wyniknie, jeśli ktoś zaprzeczy zjawisku grawitacji - że po wyskoczeniu z dziesiątego piętra nie zderzy się śmiertelnie z chodnikiem? Co dobrego wyniknie z przeczenia temu faktowi, że seks jest dla człowieka naturalny?
Ale posiadanie ciała to tylko jedna strona medalu - błąd popełniają Ci, którzy na nim poprzestają. Istnieje dusza. Ten fakt może potwierdzić dla Ciebie tylko Twoja własna - nie ma innego, naukowego dowodu - nauka tutaj nie sięga, choć ludzie wierzący w naukę twierdzą, że jest jedynym słusznym narzędziem poznania. Niestety nie, to nie jest takie proste - nauka ma zastosowanie tylko do fizycznej rzeczywistości i praw nią rządzących. Im więcej sił niematerialnych, tym nauka jest bardziej bezradna. Najprostszy przykład - psychiatrzy, filozofowie, ontologowie, kognitywiści - wszyscy starają się stworzyć teorię ludzkiego umysłu bez akceptacji faktu istnienia duszy - teorie, w których coraz trudniej znaleźć błąd logiczny, ale czy gdybyśmy nie rozumieli faktu grawitacji, to umielibyśmy zaprzeczyć teorii, że istnieje w atmosferze siła, która spycha nas w kierunku Ziemi (zamiast siły, która nas do niej przyciąga), a jeśli już mowa o grawitacji - naukowcy wiedzą jak działa, ale nie dlaczego. Im głębiej w duszę, tym bardziej nauka się rozmywa i nie można zastosować jej praw, to rzeczywistość duszy. Celowo też użyłem sformułowania "ludzie, którzy wierzą w naukę" - są tacy, którzy wierzą, że dzięki nauce mogą poznać i zrozumieć wszystko - Ci są nawet gorsi od kapłanów, bo tą wiarę nazywają wiedzą.
Jesteśmy pełni podziwu dla naszych przodków - dla naukowców oświecenia, pozytywizmu. Dla materialistów, dzięki którym zaczęliśmy wykorzeniać zabobony i zdobywać konkretną, sprawdzoną doświadczalnie wiedzę. Dzięki nim powstała dzisiejsza nauka w jej obecnym kształcie. Ale nauka już nie wystarcza - uczenie człowieka posługiwania się bronią bez uświadomienia moralnego spowoduje, że będzie strzelał do ludzi jak do ruchomych celów. Smoczek, który jest dobry dla niemowlęcia - starszemu dziecku wykrzywi zgryz. Wyłącznie naukowo-materialistyczne podejście jest już przestarzałe, archaiczne, szkodliwe, niewystarczające, nie spełnia funkcji. Ludzkość potrzebuje już innej drabiny rozwoju - to my kształtujemy teraz ewolucję naszego gatunku. Poleganie wyłącznie na nauce jest tak samo szkodliwe, jak jej odrzucenie. Faktem jest, że mamy ciała. Twoja własna dusza potwierdzi, że istnieje, a jeśli nie, to jesteś, człowieku, chory, a choroby duszy są gorsze od chorób ciała.

Wstyd nie wynikający z naszych przekonań (nie narzuconych przez kulturę, ale wybranych świadomie) jest szkodliwy, ale nie popadajmy w skrajności - wierzę w zwykłą ludzką przyzwoitość. Ludzie często mają tendencję do miotania się od jednej skrajności do drugiej. Jesteśmy niewolnikami skrajności. W naszym społeczeństwie pełno jest paradoksów - od kobiety wymaga się, żeby była pociągająca, zmysłowa i naładowana seksem, ale jest to dziedzina życia, która jest jej przeznaczona dopiero po ślubie albo szybko dostanie łatkę - Puszczalska. Od mężczyzn wymaga się skrajnej fizyczności - dużych mięśni, dużych rozmiarów penisa i sprawności seksualnej buhaja, jednocześnie wymagając wrażliwości i empatii. Faktem jest jednak, że w procesie ewolucji oddalamy się od naszych zwierzęcych przodków - stajemy się i chcemy się stać bardziej mężczyznami, a mniej zwierzętami. Ci, którzy tego nie rozumieją, opóźniają proces uduchowienia wrzucają nas do innego worka - razem z homoseksualistami.
Jeśli mężczyzna wykazuje dużą aktywność seksualną, mając równie duże potrzeby seksualne bardzo łatwo może być uważany za zwierze ogarnięte seksem. Temu samemu mężczyźnie ukazującemu wrażliwą stronę zostanie przypięta łatka - "ciota". Społeczeństwa targają nami poprzez skrajności, a my godzimy się na to. Uznajemy niepisane prawa kultury - oddajemy innym ludziom władzę nad sobą. Już dość robienia tego, czego chcą od nas inni - każdy z nas jest tu po to, by być sobą. Gwarantuję, że wtedy poprawiłoby się życie na Ziemi - szczęśliwi ludzie nie bywają źli. Prawdziwe szczęście można osiągnąć tylko przez osiągnięcie harmonii, zjednoczenie duszy i ciała dzięki umysłowi. Naszym celem na przyszłość musi być tak samo jak połączenie duszy i ciała przez umysł, tak również zjednoczenie nauki i religii przez filozofię i antropologię kulturową.
Tak samo, jak wyrośliśmy z tej przestarzałej moralności, tak samo wyrastamy z obecnej, dogmatycznej, skostniałej, urzędowej religii. Koniec. Od teraz każdy powinien wziąć odpowiedzialność za swoją duszę na siebie! Ludzie chętnie pozbywają się odpowiedzialności, zwłaszcza tej najtrudniejszej i najważniejszej - za własną duszę. Kapłani jako kasta wykształcili się już dawno - już dawno zaczęli to wykorzystywać. I to jest właśnie najcięższy zarzut przeciwko nim - zachęcają i utwierdzają w rezygnowaniu z samodzielnego zbawiania się, ale jest to niemożliwe - każdy umiera sam. Wspaniały nauczyciel pokazał nam jak można się zbawić - Jezus Chrystus od początku żył życiem zbawionego, przebudzonego. On jest drogą - nie powinniśmy poprzestawać na dziękowaniu mu za zbawienie - On wykonał tylko połowę - pokazał, że jest to możliwe i jaka droga do tego wiedzie. Druga połowa zadania należy do Ciebie i nie może jej wykonać nikt poza Tobą, bo to jest właśnie wolna wola, a Bóg szanuje Twoją wolną wolę. On tak szanuje naszą wolną wolę, że pozwolił na męczeńską śmierć swego boskiego Syna w śmiertelnym, ludzkim ciele i o bosko-ludzkim umyśle. Musimy pojąć, że tkwi w nas tak wielka siła - wolna wola i odpowiedzialność za jej wykorzystanie. To wielki zaszczyt, wielka szansa i ogromne zagrożenie - możemy osiągnąć powszechny pokój i wieczne szczęście, ale też możemy doprowadzić do własnej zagłady.

sobota, 20 grudnia 2008

Dusza, ergo Bóg!

Jednym z najstarszych pytań, oprócz: "Co ja tu robię? Jak należy żyć?" itp, jest pytanie "Kim jestem?". Pytanie to wcale nie zyskało jasnej, jednoznacznej i możliwej do zaakceptowania dla wszystkich odpowiedzi. Pomimo upływu wielu setek lat od pierwszego postawienia pytania, jest ono tak samo aktualne. Kto z nas nie wraca do tego pytania? I choć to trudne, wielu (jesli nie wszyscy) stara się wypracować odpowiedź na to pytanie.

Autor tego tekstu równiez nie ma ambicji odpowiedzieć na pytanie: "Co to jest Ja?". Chyba, że na swój wlasny użytek. Zamierzam pokusić się o refleksję, która mogłaby coś wnieść w osobiste refleksje każdego z czytelników i moje własne.

Cassirer stwierdził, że "punktem granicznym" odróżniającym nas od zwierząt jest myślenie symboliczne. Myślimy i mówimy o rzeczach, które są abstrakcyjne - nie istnieją fizycznie, choć można je zaobserwować (przez tzw. wskaźniki - Innuici tzn. Eskimosi kiedy łowią ryby wypatrują ptaków morskich, żywiących się rybami, ponieważ nie są w stanie zobaczyć ławicy, ptaki są dla nich wskaźnikiem). "Rzeczy" takie jak np. emocje nie są materialne i nie da się sprowadzić ich do reakcji chemiczno-fizyczno-hormonalnych. Skoro potrafimy doświadczać abstrakcji to znaczy, że musi istnieć coś więcej. Ja to nie mózg i intelekt - mózg jest materialny, czy materia może doświadczać abstrakcji? Ciało jak to materia ulegnie kiedyś śmierci i rozkładowi - materia "krąży". Zastanówmy się szczerze i bez uprzedzeń - jeśli zaprzeczymy wszystkiemu, to czemu nie będziemy mogli zaprzeczyć? Chyba temu, że zaprzeczamy - "ja zaprzeczam". Wschodni mędrcy i filozofowie nauczają, że "ja" to iluzja, ale kto poddaje się tej iluzji? Czy to, że mamy ciała jest iluzją? Jak żyjąc w iluzji moglibysmy zapewnić sobie materialne przetrwanie?

Według nie potwierdzonych doniesień ciało ludzkie zmienia się całkowicie co sześć lat, tzn. za sześć lat nie będzie w tobie ani jednego atomu, który jest dzisiaj. Żeglując po morzach refleksji nad "ja" (a może "Ja"?) rozbijamy się o stare skały - czy coś, jeśli jest juz całkowicie inne, pozostaje tym samym? Czy jeśli za sześć lat nie będzie w tobie ani jednego atomu, który jest dzisiaj, to czy będziesz sobą? Bardzo możliwe, że zmienisz się fizycznie - schudniesz lub przytyjesz, zmienisz fryzurę itd. - czy to będziesz ty? Czy zgodzisz się, że istnienie ciągłości świadomości może być wskaźnikiem istnienia "ja"? Idąc tym tropem nie możemy powiedzieć, że "ja" to tylko materia, Dominującym czynnikiem w istnieniu "ja" musi byc zatem coś niematerialnego - nie ważne juz jak to nazwiemy. Idąc dalej tym tropem - nie stworzyliśmy sami tego czegoś, co sobie dopiero uświadamiamy, musimy wtedy odwołać się do wiekszego źródła. Uważam to za istotne - musimy uświadomić sobie, że poza materią są rzeczy, nad którymi warto pracować, jest coś, co powinniśmy rozwijać, bo pomimo zmiany całej materii to nie będzie nam odebrane.

Wcale nie twierdzę, że "odkryłem Amerykę". Po prostu jest to coś, co chciałem zaakcentować, co chciałem przekazać szerszemu gronu. To są moje poglądy, do których mam prawo. Masz prawo się z nimi nie zgodzić, ale nie chodzi o to, żebyś je poparł lub odrzucił, tylko żebyś się nad tym zastanowił.

Dusza, ergo Bóg!