Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popracie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popracie. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2009

Tolerancja nie oznacza poparcia

Tolerancja nie oznacza poparcia. Tolerancja oznacza pozwolenie osobie, której poglądy nie zgadzają się z naszymi, na realizację jej własnych wartości i przy założeniu, że z tego powodu nie dzieje się nam lub komukolwiek krzywda.
Nie popieram np. prostytucji, ale nie dzieje mi się krzywda - ponieważ, ani w ten sposób nie pracuję, ani też nie bywam klientem. Nie popieram heroinistów w ich nałogu, ale nic mi do tego. W tych sytuacjach krzywdzą się sami zainteresowani, a tego nie możemy im zabronić. Nie popieram związków homoseksualnych, ale nic mi do tego. Nie popieram komunistów, ani narodowców, ale dopóki działają zgodnie z prawem nie mogę zrobić nic poza akceptacją tego faktu.
Wielu zjawisk nie popieram, część z nich toleruję. Pojawia się jednak problem - do którego momentu powinienem pozwalać działać w mojej obecności osobom, których zachowanie godzi w moje poglądy, choć mieści się w zakresie zjawisk, które akceptuję lub uważam, że powinienem (równego stopnia tolerancji wymagam od przeciętnego, teoretycznego człowieka, również dla moich poglądów). Stosując zasadę "wolności do", pozwalam innym na realizację własnych osobowości i celów dopóki mnie nie krzywdzą. Jeśli krzywdzą mnie każdy przejawem aspektu, którego nie popieram? Do jakiego stopnia mam to znosić? W grę wchodzi tutaj subiektywna ocena - moralność - subiektywne wyznaczanie w jakim stopniu dana czynność jest niekrzywdząca. Każdy ma więc własny zakres wolności, na który pozwala sobie (ergo w takim samym stopniu powinien być tolerancyjny). A co z tymi, którzy nie pozwalają sobie i nie chcą pozwolić innym? W jaki sposób, na jakiej zasadzie dochodzić swoich praw u takich ludzi? Ten, kto znalazł rozwiązanie powinien dostać Nobla.