Dziękuję, Ci o Panie, że mnie stworzyłeś,
bo choć jestem przy Tobie tylko pyłem,
niosę moim braciom światło od Ciebie.
Każda istota ma swoją prawdę,
którą muszę pojąć i zrozumieć,
a wtedy już nie ma gniewu.
środa, 13 maja 2009
Z najgłębszej skłonności serca
Ja będę po twojej stronie,
do śmierci,
a zwłaszcza po niej.
Gdy upadniesz,
ja do ciebie wyciągnę
pomocnych dłoni tysiące.
Gdy będziesz mnie wzywać
ze łzami szczerości,
przybędę z bezmiaru mojej litości.
Gdy będziesz mnie szukać,
pozwolę ci znaleźć -
mnie - Ducha Miłości.
Jeśli będziesz mi służyć,
ja zapełnię pustkę
w twojej duszy.
Jeśli chcesz, przybyć możesz,
bo jesteś moim dzieckiem,
za prawdę jesteś synem Bożym.
GŁOS: Wystąp, zaśpiewaj...
Człowiek:
Niech wiedzą ludzie, niech słyszą to wszyscy,
ja zawsze szukałem Pana, szukałem śladów Jego stóp,
pomimo tego to ja byłem grzechom i zgubie tak bliski,
prawie umarłem, prawie zboczyłem z Jego dróg.
Lecz Pan jest Panem mądrym i sprawiedliwym,
choć moja nauka miała przejść przez rynsztoki,
to Pan jest kochający, Pan jest zawsze litościwy,
choćby nawet niezbadane były Jego drogi.
Bo z moim Bogiem nic nie jest niemożliwe,
ze wszystkich kluczy zrozumienia,
tylko On ma prawdziwe.
ja, Panie, pójdę za Twoim głosem
jak owca - nawet na rzeź,
bo ja, Panie, choć proch i pył
bliski Ci jestem jak syn,
bo Ty mnie kochasz i nauczasz,
Ty wiesz, co dla mnie dobre,
wskaż mi jak służyć i kochać,
a ja podołam jak mogę.
Jestem obcy. Mam daleko do miejsca zamieszkania. Czuję się tu na prawdę dziwnie. Sprawy, które są mało istotne, mają tutaj ogromną wagę. Nie wiem, dlaczego. Wiem, że będę tu tylko przez chwilę, ale ważne jest, co robię będąc tutaj. Codziennie budzę się i od razu zagłębiam się w labirynt, który tworzę ja i ludzie. Z każdego punktu mam dziesięć możliwych wyjść, ale to, jaką wybiorę drogę wpływa na to, jaki będzie kolejny punkt i jakie będę miał z niego drogi wyjścia.
Tak przedstawia się mój pobyt tutaj - muszę spać, muszę jeść, mam ciało i potrzeby fizjologiczne. Co gorsza - mam też instynkty i nieokreślone pragnienia duszy. Czy na prawdę nieokreślone? Wiem, że chcę wrócić do domu. Szukam go, choć wiem, że na razie tam nie wrócę. Pragnienia zamieniają się w zew. Moja dusza krzyczy, śpiewa, szuka. Miotam się bardzo, ale moim obowiązkiem jest tu, póki co, żyć. Instynkty - nie wiem, czy przeszkadzają, czy pomagają, ale na pewno sprawiają ból. Rozterki. Żyję w permanentnym rozbiciu. Jestem duszą w ciele - nie duszą, nie ciałem, nie duszą i ciałem. JESTEM DUSZĄ W CIELE! Ciało to moja osłona - muszę o nie dbać, ale nie mogę tego robić kalecząc duszę. To jest ten dylemat, przed którym stoję cały czas.
Najgorsze są chyba kontakty z ludźmi i mówienie - nie umiem, nie mogę, nie chcę mówić. Czasami ludzie do których mówię po prostu nie potrafią zrozumieć tego, co do nich mówię - czasami jest to spowodowane niedoskonałością mowy, czasami niedoskonałością mojego lub ich umysłów. Równie nieprzyjemny jest sposób zorganizowania życia ludzi - większość panuje nad jednostką. Sprawdza się to tylko w momencie, gdy jednostki ludzkie są zdegenerowane, ale jednocześnie kaleczy to tych, którzy chcą wziąć pełną odpowiedzialność za własne życie i chcą myśleć sami za siebie. Jest to średnie rozwiązanie, ale najlepsze z wypracowanych przez ludzkość. Chyba od początku szukane są lepsze formy organizacji, w końcu musi się udać. Ludzkość popełniła ogromną liczbę błędów, o których musi pamiętać. Nie rozumiecie, że czerpiecie z nieograniczonego źródła i zamiast walczyć o dostęp, skoncentrujcie się na jak najlepszym korzystaniu z niego. Wystarczy dla wszystkich, jest to coś, czym można się dzielić, nie tracąc tego wcale, a nawet mając jeszcze więcej.
Problemem ludzi, przed którym stali od zawsze, jest świadomość. Opanowanie jej, dopasowanie podświadomości i nastrojenie się do nadświadomości - oto sztuka. Odkrycie siebie i jednej zasady, to cel życia. Po to tu jestem. Muszę stać się częścią czegoś większego, a właściwie - muszę zdać sobie w pełni sprawę z tego, że nią jestem. Częścią czego? Nie ważne jak to nazwiesz - Bóg, Kosmos, Wyższa Jaźń, Energia. Moja dusza wyszła od doskonałości i dąży do niej z powrotem...
Uwielbiam zamykać oczy - czuję się wtedy tak bezcieleśnie. Czasami muszę sobie powtarzać, że jestem tu tylko chwilę - wtedy ból jest mniejszy, a motywacja większa. Czasu jest mało, ale ciągnie się bezlitośnie. Jestem zdecydowany, żeby wygrać. Chcę i mogę! Muszę się przygotować do powrotu do domu. Być może zabiorę kogoś ze sobą... Duszę się w środku, chyba nie spełniam się, jak powinienem. Więcej, szybciej, dalej. Robię za mało, choć najwięcej, ile tu mogę.
Chyba w końcu należy się wam przedstawić. Oczywiście nie napiszę o moim wyglądzie - jest to bez znaczenia (i tak mnie nie widzicie). Pierwszą moją cechą jest to, że czuję i odczuwam, odbieram i wysyłam energię. Mam potrzeby - muszę wrócić do domu. Będąc tutaj, muszę coś zrobić. Jeszcze nie zdecydowałem, co. Potrzebuję tworzyć, chciałbym wam opowiedzieć wszystkie te historie, które żyją w mojej głowie. Opowiem wam.
Początek kolejnego dnia, który nie będzie się niczym różnił od wczorajszego. Odtwarzanie w kółko lotu ćmy. Lecę wciąż do ognia, po drodze spalając się. Ogień jest we mnie i ogień jest poza mną, moim celem jest ich połączenie. Jednakże ogień wewnętrzny wypalił mnie od środka, a zewnętrzna forma spala się w zewnętrznym. Szukając życia, którym żyję, kosztuję śmierci, dozuję ją sobie codziennie po szczypcie.
Leżę, nie otwieram oczu, nie mam jeszcze na to siły. Niech ten dzień się jeszcze nie zaczyna! Wczorajszy jeszcze nie zdążył zejść ze sceny, wciąż jego okruchy walają mi się po głowie. Nie otwieram oczu, jeszcze boli mnie głowa, a może już... Nie chcę otworzyć oczu, pewnie już się gdzieś spóźniłem i czegoś nie załatwiłem. Nie chcę widzieć swojego pokoju - tego niekończącego się bałaganu, odrapanych ścian w kolorze martwej żółci, zagrzybionego sufitu, nagiej żarówki, pajęczyn i barłogu, na którym leżę. Dlaczego nie mogę obudzić się w jakimś pięknym miejscu? Na przykład na pachnącej wiosną i słońcem łące, na ciepłej, wilgotnej trawie, słuchając szumu potoku, świergotu ptaków i tańca zefira. Dlaczego nie mogę obudzić się gdziekolwiek indziej? Dlaczego na jawie, we śnie, na trzeźwo i na haju jestem sam? Dlaczego we wnętrzu, w społeczeństwie, w pokoju jestem zawsze sam? Nawet jeśli występują wokół jacyś ludzie, to we wnętrzu czuję pustkę i samotność, zawsze jestem obok jakby to nie było na prawdę, jakby mnie nie dotyczyło.
Leżę, nie umiem wyrwać się ze snu, z trybu offline. Nie, już czas najwyższy, już pora. Nie wiem czy to dobrze czy źle, czy to wesoło, czy nie, ale muszę otworzyć oczy - nie chodzi tu o moją wolę lub chęć - to jest konieczność, dalsze opóźnianie będzie tylko pogarszaniem sytuacji.
Otwieram oczy!
Jest tak samo, jak wczoraj wieczorem, gdy zbyt późno i zbyt nietrzeźwo poszedłem spać. Doba znowu okazała się za krótka, a świat zbyt upierdliwy. Ludzie nadal będą głupi, choć nie koniecznie źli, po prostu bezmyślni. Znów ta gonitwa, bieganie bez celu - czasami dla samego biegania. Starta czasu na banały, cały mój czas rozkradają banały. Nikt nie poświęca czasu na istotne sprawy, ja nie mogę tak żyć! Muszę się wyrwać z tego kołowrotu! Muszę się zatrzymać, muszę pomyśleć i się uspokoić, a świat niech się wali na ryj!
Wstaję, odpalam papierosa, zaciągam się śmiercią, znowu autodestrukcja. Skąd tyle śmierci wokół mnie? Dlaczego zabijam swoje ciało? Jest godzina za wczesna żeby mój mózg się obudził, ale za późna żeby spokojnie rozpocząć dzień. Dlaczego ludzie nie widzą świata tak, jak ja? Dlaczego nie szukają tych ideałów, o których ja marzę? Dlaczego poświęcają się tylko doczesnemu życiu, ciągle żyją żyją w przeszłości lub przyszłości obecnego życia, ale nie myślą o następnym życiu? Dlaczego? Wypełnia mnie złość i niechęć. Jak mam walczyć o lepszy świat samotnie, w pojedynkę?
Ok, nie ma czasu na śniadanie, trzeba zdobyć swój chleb i zacząć życie, zacząć dzień.
Bóg jest moją radością,
On patrzy z głębokości.
On mną kieruje,
w modlitwie miłość czuję.
Zdobyłem jak zawsze kosztem pieniędzy, moralności, nerwów, kosztem wykroczenia przeciwko prawu, kosztem rozmawiania i zdania się na łaskę dilera - niewolnik z wyboru. Teraz aplikuję sobie, dusząc się, krztusząc, wdychając szkodliwy, smolisty dym. I uciekam, uciekam od rzeczywistości, od problemów, od życia, od odpowiedzialności. Od siebie? Nie ważne, ucieczka trwa, w nieświadomość, w lenistwo, w marzenia bez wcielania ich w życie, w pustkę. Rzeczywistość to esencja życia, ja od tego uciekam. Czy chcę być nierzeczywisty? Czy chcę nie istnieć? Bo chyba tak to wygląda, bo do tego to prowadzi. Dlaczego nie chcę być? Jaki jest powód, jaka przyczyna? A może po prostu nie chcę być tutaj? Może nie chcę być w takim stanie? Nie chcę być w ciele? Zawsze byłem niecierpliwy. Jednak samobójstwo to wykroczenie przeciwko Bogu... A samobójstwo na raty? Stres też mnie przecież zabija, a to pomaga mi się odprężyć. A czym jest stres? Skąd się bierze? Stres to stan wewnętrznego napięcia wywołany moimi interakcjami ze światem zewnętrznym. Wewnętrzne napięcie, moje interakcje... Dlaczego powstaje to napięcie? Ze strachu? Ze strachu... Strach jest tylko we mnie, nie jest czymś istniejącym poza mną, więc odpowiedź na ten problem też musi być gdzieś wewnątrz...
Odpoczynek, wstrzymanie. Dziękuję Ci Panie za to, że znam ten sposób na zobojętnienie na głupotę ludzi, sposób by zagłębić się w świecie umysłu i ducha, sposób by uciec przed tymi zwierzęcymi ludźmi i moją własną, zwierzęcą naturą.
Bogaty biznesmen, znany filantrop, uczestnik i organizator wielu akcji dobroczynnych, działacz samorządowy, Polak i katolik, mąż i ojciec szedł po stopniach do kościoła, mijając równie znanego, ale z bezwzględności, windykatora. Buty biznesmena podkute specjalnie w tym celu platyną, stukały rytmicznie o posadzkę. Wszyscy wewnątrz świątyni, bez odwracania się, wiedzieli, kto wszedł. Większość, również bez patrzenia, potrafiła oszacować, ile wrzuci do skarbonki z napisem "Wspólnota św. brata Alberta" oraz "Ofiara na remont kościoła", jak też później na tacę - zwitki banknotów. Mijając wielu, usiadł w jednej z pierwszych ławek, gdzie jak zawsze, z szacunku, zostawione było jedno miejsce dla niego. Przeżegnał się nieco zbyt zamaszyście, rozejrzał po małym, ale systematycznie remontowanym, malowniczym i coraz obficiej zdobionym kościółku i nie bez dumy uświadomił sobie, że to głównie dzięki jego pieniądzom. Spojrzał na nowiutkie witraże wykonane przez zagranicznego artystę, na zdobienia odrestaurowane przez najdroższego konserwatora ze stolicy. Zastanawiał się czy ksiądz nie powinien umieścić odpowiedniej tablicy upamiętniającej jego ofiary jako darczyńcy, a może on sam powinien ją księdzu zafundować, żeby była odpowiednia? To wywołało na jego twarzy uśmiech i nastrój do modlitwy - znanej w niezmienionej formie z dziada, pradziada oraz jednocześnie uczucie: "Dziękuję Ci, Panie za błogosławieństwa w interesach, zaćmę tych kupujących ode mnie nieruchomości, którzy nie widzą tych drobnych szczegółów, które kosztowałyby mnie majątek. Dziękuję Ci, że pobłogosławiłeś mnie światłym umysłem, który potrafi sprzedać wszystko, dziękuję, że nie muszę pracować jak Ci zwykli ludzie albo użerać się z elementem jak na przykład ten bezlitosny windykator." Windykator stanął z tyłu, oparł się o drzwi wejściowe kościoła i zaczął słuchać. Wszedł tu właściwie z przypadku, ale pierwsze słowa, które usłyszał, coś w nim poruszyły: "<>? Jesteś moim ojcem? Chciałbym w to wierzyć... W takim razie: Wiesz co, tato? Rzadko tu u Ciebie bywam i wiesz co? Właściwie to nie daję pieniędzy na utrzymanie Twojego domu. Wiesz co jeszcze? Nawaliłem, znowu. Mogłem jeszcze poczekać, mogłem dać im jeszcze tydzień. Może wtedy nie miałbym tych wyrzutów sumienia i nie zacząłbym znowu pić po tych trzech latach, a Anka nie wzięłaby dzieci i nie wyniosła się do matki. Może... W końcu mogłem już tyle razy stać się lepszym, znaleźć inną pracę, mogłem pogadać z Anką, zamiast iść od razu do baru, może gdybym szczerze z nią pogadał, że ja też mam problemy, umiałaby mnie wysłuchać i szczerze ze mną w końcu porozmawiać. Ale nie... nie stało się tak, nie pomyślałem, znowu okazało się, że jestem bezmyślny i potrafię tylko krzywdzić ludzi. Możesz kochać takiego mnie...? ...TATO?" Odchodząc, przechodząc przez parking usłyszał jeszcze: "Bóg jest Miłością, Zbawieniem naszym i kocha bardzo nas - dzieci swe.". Zapłakał szczerze i zdołał wykrztusić pomiędzy łzami tylko jedno słowo, adresowane nie wiadomo do kogo - do siebie, ludzi, których skrzywdził, czy Boga: "Przepraszam".
Mija kolejny dzień. Znowu życie jest życiem i znowu jest źle, znowu ból i depresja spowodowana strachem przed reakcją innych ludzi. Dlaczego tak się tym przejmuję? Co mnie to obchodzi? Tak na prawdę to chciałbym żyć w pokoju ze wszystkimi. Nie chcę krzywdzić, ale nie mogę zawsze ustępować. I tak ustępuję zbyt często. Jestem zbyt bierny wobec zła. Chciałbym umieć mu się przeciwstawiać. Boję się. Boję się, że mam zbyt małą wiedzę i tylko kogoś skrzywdzę, boję się, że postąpię źle, boję się wyrzutów sumienia, boję się, że jestem zły i postępuję źle. Co jest lepsze? Czynny, choć mało rozumny udział, czy brak jakiegokolwiek działania? Stoję ciągle na tym rozdrożu. Nie mogę się zdecydować. Którą mam iść drogą? Czuję się jakbym wiecznie stał przed rozwidleniem dróg i że wybór jednej z dróg będzie opowiedzeniem się za dobrem lub złem w moim życiu i historii świata. Czuję, że poprzez swój wybór i swoje działanie wpłynę na świat. Boję się, że nieświadomie, mimowolnie sprowadzę zło. Boję się, że okażę się nikczemny. Nie chcę tego. Chcę być dobry (że znowu posłużę się tym nieostrym terminem, znowu wikłając się w dualizm), ale czy bycie dobrym nie wiąże się z rozpoznawaniem dobra. Tylko wtedy, logicznie myśląc i posługując się zabiegiem zwanym analogią, bycie złym wiązałoby się z umiejętnością rozpoznawania zła. Czyli nie jestem ani dobry, ani zły? A może nie mam odwagi lub siły by opowiedzieć się po którejś ze stron? Może sam chcę się utrzymywać w stanie tego zawieszenia? To gorsze niż piekło...
Gnębi mnie coś o czym Mistrz powiedział, że nienawidzi tego najbardziej, że wypluwa ze Swoich ust: bycie letnim - ani zimnym, ani gorącym. Muszę się nauczyć jak nie być obojętnym, letnim, a pozostać neutralnym, a właściwie stanąć po obydwu stronach barykady, być obydwiema walczącymi stronami. Wtedy wynik walki byłby mi obojętny - bez względu na rozstrzygnięcie byłbym zwycięzcą, a wtedy bez przejmowania się i zaangażowania mógłbym być sobą. Ale dlaczego piszę o tym jak o przyszłości. Nie! To nie jest przyszłość, to teraźniejszość, wprowadzam to w życie z chwilą wyartykułowania. Trochę kojarzy mi się to z teorią Nietzschego o wielbłądzie, lwie i dziecku. Wielbłąd zawsze mówi "tak", ale jest to tak niewolnika, który nie może powiedzieć "nie" - nie ma zatem wartości. Lew jest zbyt dumny by godzić się na cokolwiek, co nie pochodzi od jego własnego jestestwa, wszystko zaczyna się i kończy na nim - nie jest niewolnikiem, ale jest wciąż ograniczony swoim własnym ego, więc zawsze powie to dzikie, buntownicze: "nie". Dziecko zawsze mówi "tak", ale nie jak wielbłąd - nie dlatego, że jest niewolnikiem i musi, mówi "tak" bo w swojej świętej ufności nie chce mówić nie - tak wierzy światu, że zawsze i na wszystko się zgadza. Według mnie wielbłąd żyje w przeszłości, nie analizuje, nie myśli, przyjmuje nie przetworzone, dostaje przeszłość, żyje w niej, przekazuje dzieciom i umiera pogrążony w przeszłości. Lew się buntuje, nie godzi się na stan rzeczy, który zastaje, opiera się, odrzuca, czeka na moment, kiedy świat się zmieni i będzie po jego stronie bo tak na prawdę chce powiedzieć "tak", ale jego rozczarowaniu nie ma końca, bo żywi się iluzją, że taka przyszłość może nadejść, miota się przez całe życie, ale nie osiąga szczęścia, jak żołnierz o pacyfistycznych przekonaniach, który ginie w ostatniej bitwie wielkiej wojny. Dziecko akceptuje świat, bo wie, że innego nie będzie, ale jego świat jest całkiem inny niż wielbłąda - również go akceptuje, ale rozumie, że świat ciągle się zmienia i trzeba go przyjąć za swój, aby móc zacząć go zmieniać według własnych upodobań. Dziecko jest zawsze w żywej, świętej teraźniejszości - to jest jednocześnie przeszłość - to, co zastajemy i przyszłość - pierwsze, wyjściowe stadium spełnienia marzeń. Teraźniejszość jest jednością, akceptacja zrodzona z buntu jest jednością, światło rozjaśniające w ciemności jest jednością, mężczyzna dochodzący do kobiecej i kobieta odkrywająca męską stronę duszy - oto jedność. A co ważniejsze - człowiek odkrywający Boga na tyle, by Bóg mógł się z nim porozumieć, a nawet Bóg w Tobie łączący się z Bogiem na zewnątrz Ciebie - to jest jedność. Bóg Jest Jedność, Bóg Jest, tym, którym Jest bo Jest - to jego główna cecha.
"Bóg jest Miłością,
Zbawieniem moim
i kocha bardzo
nas, dzieci Swe."
Czujesz, że marnujesz czas? Robisz cokolwiek byleby się tylko czymś zająć? I najczęściej nie są to czynności, których wymaga Twoja praca, nauka, rozwój tylko szczegóły, przez które marnujesz czas. Uciekasz. Przygotuj się na walkę, walkę o najwyższą wolność...
Przed Tobą najcięższa walka. Przed Tobą najtrudniejszy przeciwnik. Nieraz w filmach, różnych baśniach i podobnych historiach główny bohater walczy ze swoim lustrzanym odbiciem - to jest metafora. Ty jesteś tym bohaterem i musisz stoczyć walkę z samym sobą i, uwierz mi, będzie to najtrudniejsza walka. W opowieści bohater musi poddać się szybkiej ewolucji, w ciągu jednej walki musi stać się lepszy, ma na to chwilę - musi być lepszy niż przed chwilą. Nie chodzi o to, że Ty też musisz, ale musisz właśnie tego chcieć. I ta walka będzie trwać, a z każdą wygraną bitwą będziesz lepszy. To, czego chcesz, a nie to, co Ci się chce!
Po kolejnej bitwie ze sobą czuję się silniejszy. Tak na prawdę nie można przegrać - po prostu oddala się czas zwycięstwa - jeden człowiek pojmie coś po jednej bitwie, a inny będzie potrzebował ich tysiąc, ten drugi natomiast zrozumie po kilku bitwach, coś co drugi zrozumie dopiero przed śmiercią. Życie tkwi w ilości i różnorodności.
Czasami zdarzają się dni, kiedy nie mam siły, motywacji, ochoty by wstać. Zwijam się wtedy, zwracam do środka. Dowolny obserwator zauważyłby śladowe ilości życia na zewnątrz - w moim ciele - minimum ruchu, podtrzymywanie funkcji życiowych, ale w środku - jak wetknięcie kija w mrowisko. Kłębię się, bucham, rozszerzam, faluję, rozpełzam się jak ameba w śmiertelnym paroksyzmie, jak balon wypełniony rojem pszczół.
Często wtedy próbuję dojść do tego, po co tutaj przybyłem - staram się zrozumieć. Ale się gubię. Gubię się w miłości - gorącej, bliźniego, małżeńskiej, prawdziwej, pierwszej, zakazanej, wszechogarniającej, hipotetycznej, wypalonej. Czym jest miłość? Czym? Czym? Co znaczy kiedy mówię kocham? Co znaczy, kiedy słyszę kocham?
Jak mam zrozumieć? Czasami wątpię w miłość...
Jak kochać bliźniego? Jak znaleźć caritas, pozostawiając amor? Jak wytłumaczyć im, że chcę ich kochać, ale nie ma w tym ani krzty seksu, ani odrobiny pożądania?
Nienawidzę tych dni i tych godzin - czuję, że to nie jest mi potrzebne, że to tylko teoretyzowanie - jak lutnik, który całe życie czyta książki o robieniu skrzypiec, ale nigdy żadnych nie zbudował.
Jak myślisz po co Bóg Cię stworzył?Po co dał Ci życie? Odpowiedź może wydawać Ci się zbyt prosta, tautologiczna i banalna - ale właśnie po to, żebyś żył! Dlaczego stworzył akurat Ciebie, a nie jakiś inny byt, innego człowieka na Twoje miejsce? Dlaczego stworzył Cię takim, a nie innym? Bo właśnie taki masz być, masz być takim, jakim zostałeś stworzony, jakim jesteś. Masz być sobą, nikim innym! Dlatego musisz myśleć samodzielnie, nie możesz myśleć myślami innych. nawet Bóg szanuje Twoją wolną wolę, Twoją autonomię. Dlaczego, o Wielki, nie stworzyłeś nas doskonałymi? Aby to była nasza decyzja, aby była w tym nasza zasługa. Nie, nie zostajemy z tym sam na sam. W każdej chwili mamy do dyspozycji moce, istnienia których nawet nie podejrzewaliśmy. Wszechmocny stworzył nas na własne podobieństwo - dał każdemu z nas swoją cząstkę. Możesz ją nazwać Wyższym Ja, Nadświadomością, czy jak tylko chcesz, a jest to Bóg w Tobie! Jak niby inaczej mogłaby działać modlitwa? W jaki inny sposób my, najmniej doskonali ze wszystkich świadomych istot, moglibyśmy komunikować się z Najdoskonalszym?
Mamy ogromne możliwości jako ludzie, współuczestniczymy w kreacji. Świat nie jest czymś zewnętrznym - czymś niezmiennym, na co nie mamy wpływu - możemy jedynie o tym zapomnieć i pozwolić sobą manipulować - wtedy tworzymy coś, co nam wmówiono, że jest rzeczywistością, a wcale nie musi być!
O ile religia monoteistyczna - w Jedynego - potrzebna jest tym, którzy nigdy o nim nie słyszeli, o tyle Ci, którzy znają ja od urodzenia powinni iść dalej na własną rękę. Bóg jest w Tobie, a Ty szukasz pośredników! Zostaniemy rozliczeni ze wszystkiego, co otrzymaliśmy. Kto więcej otrzymał, od tego więcej wymagać będą! Dostałeś tyle informacji o Jedynym, żyjesz w tak dostatnim kraju (Masz codziennie co jeść? Masz się w co ubrać? Masz gdzie mieszkać?), możesz się swobodnie rozwijać, a tylko gromadzisz. Zakopujesz swoje talenty, a czasami nawet je tracisz! Dostałeś na starcie (teoretycznie 95% Polaków) religię czczącą Jedynego - to jest Twój talent, musisz go pomnożyć, idź dalej, idź za Głosem Pana, który usłyszysz w sobie. Pozwól sobie na ciszę, ucisz się, skup się na słuchaniu. Słuchanie jest większą modlitwą niż pobożne słowa. Religia odbiera indywidualność! Nie twierdzę, że wspólnota jest zła, ale powinna to być wspólnota jednostek, a nie wspólnota szarej masy! Wspólnota tak, ale ludzi świadomych, wierzących i skupiających się w wspólnocie z własnej woli i własnego wyboru, nie kierowani żadnym wewnętrznym (bo te są silniejsze), ani zewnętrznym przymusem. Bóg szanuje Twoją wolna wolę, a kapłani jej uwłaczają! Kościół nie jest tym, czym powinien być, bo zatracił ludzkie podejście do człowieka, równa wszystkich do jednego poziomu - tych, którzy szukają więcej sprowadza niżej, a tych, których to nie obchodzi na siłę ciągnie do góry - wybór niewolnika nic nie znaczy!
Pewnie już słyszałeś - to życie to tylko przejażdżka, przeskok iskry, podróż, chwilowy przystanek. Niektórzy, aby żyło im się tutaj wygodniej, manipulują i więżą rzesze ludzi, starają się utrzymać w nieświadomości, by dalej wyzyskiwać i nie utracić łatwego, przyjemnego, leniwego życia. Garstka dąży do tego, by pracowali na nich wszyscy inni, ale co się stanie, gdy w niewolnikach narodzi się świadomość? Świadomość, że są wolnymi ludźmi i nikt poza nimi samymi nie może narzucić na nich więzów, że jedynie ich własne przekonanie utrzymuje ich w niewoli? Dlaczego obecnie niemożliwa jest równość i braterstwo? Bo niektórzy nie chcą do tego dopuścić! Dlaczego trwa przekonanie, że ludzie nie rodzą się i nie są równi? Bo są tacy, którzy chcą postawić siebie wyżej, by wyjaśnić, wytłumaczyć jakoś ten wyzysk! Nie twierdzę, że ludzie rodzą się tacy sami - wyposażeni jednakowo w cechy psychiczne i fizyczne. Twierdzę, że wszyscy jesteśmy tacy sami, bo wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy dusze, wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga - tylko na tym i aż na tym możemy zbudować nasze braterstwo.
Istnieją trzy poziomy - trzy poziomy wielu aspektów, m. in. trzy poziomy wspólnoty. Pierwszy stopień wtedy, gdy uznajesz, że należysz do masy, do tłumu, bo tak Ci wpojono, akceptujesz bezrefleksyjnie zaistniałe okoliczności - jesteś wtedy trybikiem w maszynie, jesteś częścią machiny. Drugi stopień to moment, kiedy uważasz się za jednostkę, za kogoś innego, różnego i odrębnego, kiedy przeczysz tej machinie, ale tak na prawdę ją umacniasz - jesteś wrogiem, przez którego i dzięki któremu system musi się umacniać, by lepiej Cię zwalczać. Na szczęście jest jeszcze trzeci poziom - kiedy widzisz swoje braterstwo, jedność ludzkości, niepowtarzalność i celowość istnienia każdego człowieka - wtedy przerastasz tą machinę, przerastasz system. Na prawdę nadejdzie Nowa Ziemia i ludzie przekują miecze na lemiesze, kiedy zrozumieją, że nie ma nic takiego, za co warto się zabijać, że to, co najistotniejsze trzeba zdobyć samemu, wygrywając z samym sobą, bez użycia przemocy. To, co najistotniejsze występuje w nieskończonej ilości - to Miłość=Energia=Świadomość=Bóg. Najważniejsze, co możesz wygrać, to własna dusza. Najlepsze, co możesz zdobyć to spokój ducha. Twój brat człowiek nie ma nic materialnego, co warte byłoby odebrania mu życia, nie możesz kosztem jego życia zdobyć nic na prawdę cennego, a może on być dla Ciebie istotną lekcją, której potrzebujesz do zdobycia własnej wolności, do rozwoju ducha!
Wielu ludzi żyło i wielu żyje w urągających człowieczeństwu warunkach. Powodowani strachem szukaliśmy sposobu, by polepszyć swoją, tymczasową, tutaj egzystencję - wynaleźliśmy całą cywilizację żeby nam się lepiej żyło, spędzamy całe życia na troszczenie się o to, żeby nam się lepiej żyło i nie mamy czasu żyć! Wylaliśmy dziecko z kąpielą! Po co chcesz zarobić na najdroższy samochód, najdroższe mieszkanie, najdroższe ubranie i najnowsze (najdroższe) gadżety, skoro nie zatrzymujesz się, aby skosztować tego, co najlepsze w życiu - samego życia? Wielu ludzi żyje z ciągłym głodem czegoś nieuświadomionego, wielu nigdy się nie budzi. Przypominamy dzieci na plastyce, które gromadzą coraz nowsze kredki i coraz lepszy papier, ale wcale nie rysują! Namaluj piękny, bogaty obraz swoim życiem. Wszystko leży w twoich rękach!
A co jeśli ja w ogóle gubię się w kryterium dobra i zła? Co jeśli to pytanie czasami po prostu nie ma sensu? Co jeśli czasami istotniejszym pytaniem jest - co jest rzeczywiste, rzeczywistsze? Potrzebuję Cogito ergo sum! Potrzebuję czegoś, czego realności jestem pewien - mam tu dwa wyjścia: kartezjańskie (zaprzeczam więc) myślę więc jestem? Ale wtedy powielałbym kogoś. Tak w ogóle - to bardziej realne jest to co ja odczuwam, czy to, co myśli większość? Czy uważanie się, że ma się zawsze rację jest złem, narcyzmem, zadufaniem, czy rozpoznawaniem właściwego rozwiązania, bo wszystko jest relatywne i dobre jest to, co dla nas dobre? Może Bóg dał nam relatywizm po to, aby każdy był twórcą rzeczywistości, a rzeczywiste jest wtedy, kiedy uważasz to za oczywiste. "W Twoim życiu rzeczywiste jest wszystko, co uznasz za rzeczywiste - bez wartościowania, uwierz po prostu, że mówi do Ciebie Twoja boska część" - czy tak mam to rozumieć? Czy jeśli uznam coś za rzeczywiste, a większość za nierzeczywiste, to będzie to rzeczywiste czy nie - a może będzie to rzeczywistością dla mnie, a dla nich nierzeczywistością i nie będzie w tym paradoksu?
Drugie wyjście natomiast jest teologiczne - Bóg jest, (więc jest rzeczywistością) więc jestem. Wtedy znaczy to: po pierwsze, że jestem, a po drugie - pochodne od tego, że JESTEM BOGIEM. Że jeśli całkowicie jestem to jestem Bogiem. Bo Bóg i Jestem to jak wiemy pojęcia jednoznaczne. Może jestem tu po to, by cały czas potwierdzać: że 1) jestem, 2) jestem Bogiem (a może bogiem? - cały czas utrzymując monoteizm - może jestem mniejszym stopniem Boga, może jest to wstęp do z NIM zjednoczenia), 3) cały czas wierzyć, że Istniejesz i potwierdzać to swoim życiem (jak? będąc w chwili obecnej - całkowicie ją urzeczywistniając? a jak być?
Jak być? Potrzebuję własnej odpowiedzi. Jestem - wierzę/wiem (jednocześnie transcendentując paradoks z tego wynikający). Ale dlaczego wątpię czy jestem i czy jestem rzeczywisty i czy jestem pasujący, że jestem dobry? Postmoderniści - coście z nami zrobili, popierdoleńcy! Czy to moja myśl - czy czyjaś? Czy jest to ślad, w którym rozpoznaję kulturę, Boga czy siebie? Czy może jeszcze coś innego? Np. coś czego nie potrafię nazwać? Może to wszystko jest rzeczywiste? Wszystko, co da się pomyśleć i wszystko czego się nie da pomyśleć? Może wszystko jest złe i wszystko dobre, ale w zależności od perspektywy? Mam największe wątpliwości i jednocześnie czuję się najrealniej. Jak mam jednocześnie zaprzeczać i w coś wierzyć? Jak mam wyjść poza język? Jak wyjść poza czasowniki? Jak wyjść poza wszystko i jednocześnie być wszystkim? Chyba mi nie odpowiecie, a już na pewno nie słowami.
Szukając tej drogi, która jest moja ważyłem każdy krok, zamiast czynić ją swoją własnymi stopami. Może i jestem nieprzystający, może się duszę w twojej szufladzie! Nie bądźmy dziećmi, nasze prawdy nie muszą do siebie przystawać, żebyśmy mogli się dogadać. Ciężko jest wiedzieć czego się chce, choć chyba jeszcze ciężej nie wiedzieć. Inne jest wtedy źródło frustracji. Różnica jest taka, że kiedy już wiesz, czego chcesz, możesz już o tym marzyć. Jestem leniem, jestem marzycielem, chcę zdobyć swoją własną duszę, chcę do niej dojrzeć, dorosnąć i w końcu uzyskać zjednoczenie, to właśnie oddalenie, które przeżyłem da mi siłę.
do śmierci,
a zwłaszcza po niej.
Gdy upadniesz,
ja do ciebie wyciągnę
pomocnych dłoni tysiące.
Gdy będziesz mnie wzywać
ze łzami szczerości,
przybędę z bezmiaru mojej litości.
Gdy będziesz mnie szukać,
pozwolę ci znaleźć -
mnie - Ducha Miłości.
Jeśli będziesz mi służyć,
ja zapełnię pustkę
w twojej duszy.
Jeśli chcesz, przybyć możesz,
bo jesteś moim dzieckiem,
za prawdę jesteś synem Bożym.
GŁOS: Wystąp, zaśpiewaj...
Człowiek:
Niech wiedzą ludzie, niech słyszą to wszyscy,
ja zawsze szukałem Pana, szukałem śladów Jego stóp,
pomimo tego to ja byłem grzechom i zgubie tak bliski,
prawie umarłem, prawie zboczyłem z Jego dróg.
Lecz Pan jest Panem mądrym i sprawiedliwym,
choć moja nauka miała przejść przez rynsztoki,
to Pan jest kochający, Pan jest zawsze litościwy,
choćby nawet niezbadane były Jego drogi.
Bo z moim Bogiem nic nie jest niemożliwe,
ze wszystkich kluczy zrozumienia,
tylko On ma prawdziwe.
ja, Panie, pójdę za Twoim głosem
jak owca - nawet na rzeź,
bo ja, Panie, choć proch i pył
bliski Ci jestem jak syn,
bo Ty mnie kochasz i nauczasz,
Ty wiesz, co dla mnie dobre,
wskaż mi jak służyć i kochać,
a ja podołam jak mogę.
Jestem obcy. Mam daleko do miejsca zamieszkania. Czuję się tu na prawdę dziwnie. Sprawy, które są mało istotne, mają tutaj ogromną wagę. Nie wiem, dlaczego. Wiem, że będę tu tylko przez chwilę, ale ważne jest, co robię będąc tutaj. Codziennie budzę się i od razu zagłębiam się w labirynt, który tworzę ja i ludzie. Z każdego punktu mam dziesięć możliwych wyjść, ale to, jaką wybiorę drogę wpływa na to, jaki będzie kolejny punkt i jakie będę miał z niego drogi wyjścia.
Tak przedstawia się mój pobyt tutaj - muszę spać, muszę jeść, mam ciało i potrzeby fizjologiczne. Co gorsza - mam też instynkty i nieokreślone pragnienia duszy. Czy na prawdę nieokreślone? Wiem, że chcę wrócić do domu. Szukam go, choć wiem, że na razie tam nie wrócę. Pragnienia zamieniają się w zew. Moja dusza krzyczy, śpiewa, szuka. Miotam się bardzo, ale moim obowiązkiem jest tu, póki co, żyć. Instynkty - nie wiem, czy przeszkadzają, czy pomagają, ale na pewno sprawiają ból. Rozterki. Żyję w permanentnym rozbiciu. Jestem duszą w ciele - nie duszą, nie ciałem, nie duszą i ciałem. JESTEM DUSZĄ W CIELE! Ciało to moja osłona - muszę o nie dbać, ale nie mogę tego robić kalecząc duszę. To jest ten dylemat, przed którym stoję cały czas.
Najgorsze są chyba kontakty z ludźmi i mówienie - nie umiem, nie mogę, nie chcę mówić. Czasami ludzie do których mówię po prostu nie potrafią zrozumieć tego, co do nich mówię - czasami jest to spowodowane niedoskonałością mowy, czasami niedoskonałością mojego lub ich umysłów. Równie nieprzyjemny jest sposób zorganizowania życia ludzi - większość panuje nad jednostką. Sprawdza się to tylko w momencie, gdy jednostki ludzkie są zdegenerowane, ale jednocześnie kaleczy to tych, którzy chcą wziąć pełną odpowiedzialność za własne życie i chcą myśleć sami za siebie. Jest to średnie rozwiązanie, ale najlepsze z wypracowanych przez ludzkość. Chyba od początku szukane są lepsze formy organizacji, w końcu musi się udać. Ludzkość popełniła ogromną liczbę błędów, o których musi pamiętać. Nie rozumiecie, że czerpiecie z nieograniczonego źródła i zamiast walczyć o dostęp, skoncentrujcie się na jak najlepszym korzystaniu z niego. Wystarczy dla wszystkich, jest to coś, czym można się dzielić, nie tracąc tego wcale, a nawet mając jeszcze więcej.
Problemem ludzi, przed którym stali od zawsze, jest świadomość. Opanowanie jej, dopasowanie podświadomości i nastrojenie się do nadświadomości - oto sztuka. Odkrycie siebie i jednej zasady, to cel życia. Po to tu jestem. Muszę stać się częścią czegoś większego, a właściwie - muszę zdać sobie w pełni sprawę z tego, że nią jestem. Częścią czego? Nie ważne jak to nazwiesz - Bóg, Kosmos, Wyższa Jaźń, Energia. Moja dusza wyszła od doskonałości i dąży do niej z powrotem...
Uwielbiam zamykać oczy - czuję się wtedy tak bezcieleśnie. Czasami muszę sobie powtarzać, że jestem tu tylko chwilę - wtedy ból jest mniejszy, a motywacja większa. Czasu jest mało, ale ciągnie się bezlitośnie. Jestem zdecydowany, żeby wygrać. Chcę i mogę! Muszę się przygotować do powrotu do domu. Być może zabiorę kogoś ze sobą... Duszę się w środku, chyba nie spełniam się, jak powinienem. Więcej, szybciej, dalej. Robię za mało, choć najwięcej, ile tu mogę.
Chyba w końcu należy się wam przedstawić. Oczywiście nie napiszę o moim wyglądzie - jest to bez znaczenia (i tak mnie nie widzicie). Pierwszą moją cechą jest to, że czuję i odczuwam, odbieram i wysyłam energię. Mam potrzeby - muszę wrócić do domu. Będąc tutaj, muszę coś zrobić. Jeszcze nie zdecydowałem, co. Potrzebuję tworzyć, chciałbym wam opowiedzieć wszystkie te historie, które żyją w mojej głowie. Opowiem wam.
Początek kolejnego dnia, który nie będzie się niczym różnił od wczorajszego. Odtwarzanie w kółko lotu ćmy. Lecę wciąż do ognia, po drodze spalając się. Ogień jest we mnie i ogień jest poza mną, moim celem jest ich połączenie. Jednakże ogień wewnętrzny wypalił mnie od środka, a zewnętrzna forma spala się w zewnętrznym. Szukając życia, którym żyję, kosztuję śmierci, dozuję ją sobie codziennie po szczypcie.
Leżę, nie otwieram oczu, nie mam jeszcze na to siły. Niech ten dzień się jeszcze nie zaczyna! Wczorajszy jeszcze nie zdążył zejść ze sceny, wciąż jego okruchy walają mi się po głowie. Nie otwieram oczu, jeszcze boli mnie głowa, a może już... Nie chcę otworzyć oczu, pewnie już się gdzieś spóźniłem i czegoś nie załatwiłem. Nie chcę widzieć swojego pokoju - tego niekończącego się bałaganu, odrapanych ścian w kolorze martwej żółci, zagrzybionego sufitu, nagiej żarówki, pajęczyn i barłogu, na którym leżę. Dlaczego nie mogę obudzić się w jakimś pięknym miejscu? Na przykład na pachnącej wiosną i słońcem łące, na ciepłej, wilgotnej trawie, słuchając szumu potoku, świergotu ptaków i tańca zefira. Dlaczego nie mogę obudzić się gdziekolwiek indziej? Dlaczego na jawie, we śnie, na trzeźwo i na haju jestem sam? Dlaczego we wnętrzu, w społeczeństwie, w pokoju jestem zawsze sam? Nawet jeśli występują wokół jacyś ludzie, to we wnętrzu czuję pustkę i samotność, zawsze jestem obok jakby to nie było na prawdę, jakby mnie nie dotyczyło.
Leżę, nie umiem wyrwać się ze snu, z trybu offline. Nie, już czas najwyższy, już pora. Nie wiem czy to dobrze czy źle, czy to wesoło, czy nie, ale muszę otworzyć oczy - nie chodzi tu o moją wolę lub chęć - to jest konieczność, dalsze opóźnianie będzie tylko pogarszaniem sytuacji.
Otwieram oczy!
Jest tak samo, jak wczoraj wieczorem, gdy zbyt późno i zbyt nietrzeźwo poszedłem spać. Doba znowu okazała się za krótka, a świat zbyt upierdliwy. Ludzie nadal będą głupi, choć nie koniecznie źli, po prostu bezmyślni. Znów ta gonitwa, bieganie bez celu - czasami dla samego biegania. Starta czasu na banały, cały mój czas rozkradają banały. Nikt nie poświęca czasu na istotne sprawy, ja nie mogę tak żyć! Muszę się wyrwać z tego kołowrotu! Muszę się zatrzymać, muszę pomyśleć i się uspokoić, a świat niech się wali na ryj!
Wstaję, odpalam papierosa, zaciągam się śmiercią, znowu autodestrukcja. Skąd tyle śmierci wokół mnie? Dlaczego zabijam swoje ciało? Jest godzina za wczesna żeby mój mózg się obudził, ale za późna żeby spokojnie rozpocząć dzień. Dlaczego ludzie nie widzą świata tak, jak ja? Dlaczego nie szukają tych ideałów, o których ja marzę? Dlaczego poświęcają się tylko doczesnemu życiu, ciągle żyją żyją w przeszłości lub przyszłości obecnego życia, ale nie myślą o następnym życiu? Dlaczego? Wypełnia mnie złość i niechęć. Jak mam walczyć o lepszy świat samotnie, w pojedynkę?
Ok, nie ma czasu na śniadanie, trzeba zdobyć swój chleb i zacząć życie, zacząć dzień.
Bóg jest moją radością,
On patrzy z głębokości.
On mną kieruje,
w modlitwie miłość czuję.
Zdobyłem jak zawsze kosztem pieniędzy, moralności, nerwów, kosztem wykroczenia przeciwko prawu, kosztem rozmawiania i zdania się na łaskę dilera - niewolnik z wyboru. Teraz aplikuję sobie, dusząc się, krztusząc, wdychając szkodliwy, smolisty dym. I uciekam, uciekam od rzeczywistości, od problemów, od życia, od odpowiedzialności. Od siebie? Nie ważne, ucieczka trwa, w nieświadomość, w lenistwo, w marzenia bez wcielania ich w życie, w pustkę. Rzeczywistość to esencja życia, ja od tego uciekam. Czy chcę być nierzeczywisty? Czy chcę nie istnieć? Bo chyba tak to wygląda, bo do tego to prowadzi. Dlaczego nie chcę być? Jaki jest powód, jaka przyczyna? A może po prostu nie chcę być tutaj? Może nie chcę być w takim stanie? Nie chcę być w ciele? Zawsze byłem niecierpliwy. Jednak samobójstwo to wykroczenie przeciwko Bogu... A samobójstwo na raty? Stres też mnie przecież zabija, a to pomaga mi się odprężyć. A czym jest stres? Skąd się bierze? Stres to stan wewnętrznego napięcia wywołany moimi interakcjami ze światem zewnętrznym. Wewnętrzne napięcie, moje interakcje... Dlaczego powstaje to napięcie? Ze strachu? Ze strachu... Strach jest tylko we mnie, nie jest czymś istniejącym poza mną, więc odpowiedź na ten problem też musi być gdzieś wewnątrz...
Odpoczynek, wstrzymanie. Dziękuję Ci Panie za to, że znam ten sposób na zobojętnienie na głupotę ludzi, sposób by zagłębić się w świecie umysłu i ducha, sposób by uciec przed tymi zwierzęcymi ludźmi i moją własną, zwierzęcą naturą.
Bogaty biznesmen, znany filantrop, uczestnik i organizator wielu akcji dobroczynnych, działacz samorządowy, Polak i katolik, mąż i ojciec szedł po stopniach do kościoła, mijając równie znanego, ale z bezwzględności, windykatora. Buty biznesmena podkute specjalnie w tym celu platyną, stukały rytmicznie o posadzkę. Wszyscy wewnątrz świątyni, bez odwracania się, wiedzieli, kto wszedł. Większość, również bez patrzenia, potrafiła oszacować, ile wrzuci do skarbonki z napisem "Wspólnota św. brata Alberta" oraz "Ofiara na remont kościoła", jak też później na tacę - zwitki banknotów. Mijając wielu, usiadł w jednej z pierwszych ławek, gdzie jak zawsze, z szacunku, zostawione było jedno miejsce dla niego. Przeżegnał się nieco zbyt zamaszyście, rozejrzał po małym, ale systematycznie remontowanym, malowniczym i coraz obficiej zdobionym kościółku i nie bez dumy uświadomił sobie, że to głównie dzięki jego pieniądzom. Spojrzał na nowiutkie witraże wykonane przez zagranicznego artystę, na zdobienia odrestaurowane przez najdroższego konserwatora ze stolicy. Zastanawiał się czy ksiądz nie powinien umieścić odpowiedniej tablicy upamiętniającej jego ofiary jako darczyńcy, a może on sam powinien ją księdzu zafundować, żeby była odpowiednia? To wywołało na jego twarzy uśmiech i nastrój do modlitwy - znanej w niezmienionej formie z dziada, pradziada oraz jednocześnie uczucie: "Dziękuję Ci, Panie za błogosławieństwa w interesach, zaćmę tych kupujących ode mnie nieruchomości, którzy nie widzą tych drobnych szczegółów, które kosztowałyby mnie majątek. Dziękuję Ci, że pobłogosławiłeś mnie światłym umysłem, który potrafi sprzedać wszystko, dziękuję, że nie muszę pracować jak Ci zwykli ludzie albo użerać się z elementem jak na przykład ten bezlitosny windykator." Windykator stanął z tyłu, oparł się o drzwi wejściowe kościoła i zaczął słuchać. Wszedł tu właściwie z przypadku, ale pierwsze słowa, które usłyszał, coś w nim poruszyły: "<
Mija kolejny dzień. Znowu życie jest życiem i znowu jest źle, znowu ból i depresja spowodowana strachem przed reakcją innych ludzi. Dlaczego tak się tym przejmuję? Co mnie to obchodzi? Tak na prawdę to chciałbym żyć w pokoju ze wszystkimi. Nie chcę krzywdzić, ale nie mogę zawsze ustępować. I tak ustępuję zbyt często. Jestem zbyt bierny wobec zła. Chciałbym umieć mu się przeciwstawiać. Boję się. Boję się, że mam zbyt małą wiedzę i tylko kogoś skrzywdzę, boję się, że postąpię źle, boję się wyrzutów sumienia, boję się, że jestem zły i postępuję źle. Co jest lepsze? Czynny, choć mało rozumny udział, czy brak jakiegokolwiek działania? Stoję ciągle na tym rozdrożu. Nie mogę się zdecydować. Którą mam iść drogą? Czuję się jakbym wiecznie stał przed rozwidleniem dróg i że wybór jednej z dróg będzie opowiedzeniem się za dobrem lub złem w moim życiu i historii świata. Czuję, że poprzez swój wybór i swoje działanie wpłynę na świat. Boję się, że nieświadomie, mimowolnie sprowadzę zło. Boję się, że okażę się nikczemny. Nie chcę tego. Chcę być dobry (że znowu posłużę się tym nieostrym terminem, znowu wikłając się w dualizm), ale czy bycie dobrym nie wiąże się z rozpoznawaniem dobra. Tylko wtedy, logicznie myśląc i posługując się zabiegiem zwanym analogią, bycie złym wiązałoby się z umiejętnością rozpoznawania zła. Czyli nie jestem ani dobry, ani zły? A może nie mam odwagi lub siły by opowiedzieć się po którejś ze stron? Może sam chcę się utrzymywać w stanie tego zawieszenia? To gorsze niż piekło...
Gnębi mnie coś o czym Mistrz powiedział, że nienawidzi tego najbardziej, że wypluwa ze Swoich ust: bycie letnim - ani zimnym, ani gorącym. Muszę się nauczyć jak nie być obojętnym, letnim, a pozostać neutralnym, a właściwie stanąć po obydwu stronach barykady, być obydwiema walczącymi stronami. Wtedy wynik walki byłby mi obojętny - bez względu na rozstrzygnięcie byłbym zwycięzcą, a wtedy bez przejmowania się i zaangażowania mógłbym być sobą. Ale dlaczego piszę o tym jak o przyszłości. Nie! To nie jest przyszłość, to teraźniejszość, wprowadzam to w życie z chwilą wyartykułowania. Trochę kojarzy mi się to z teorią Nietzschego o wielbłądzie, lwie i dziecku. Wielbłąd zawsze mówi "tak", ale jest to tak niewolnika, który nie może powiedzieć "nie" - nie ma zatem wartości. Lew jest zbyt dumny by godzić się na cokolwiek, co nie pochodzi od jego własnego jestestwa, wszystko zaczyna się i kończy na nim - nie jest niewolnikiem, ale jest wciąż ograniczony swoim własnym ego, więc zawsze powie to dzikie, buntownicze: "nie". Dziecko zawsze mówi "tak", ale nie jak wielbłąd - nie dlatego, że jest niewolnikiem i musi, mówi "tak" bo w swojej świętej ufności nie chce mówić nie - tak wierzy światu, że zawsze i na wszystko się zgadza. Według mnie wielbłąd żyje w przeszłości, nie analizuje, nie myśli, przyjmuje nie przetworzone, dostaje przeszłość, żyje w niej, przekazuje dzieciom i umiera pogrążony w przeszłości. Lew się buntuje, nie godzi się na stan rzeczy, który zastaje, opiera się, odrzuca, czeka na moment, kiedy świat się zmieni i będzie po jego stronie bo tak na prawdę chce powiedzieć "tak", ale jego rozczarowaniu nie ma końca, bo żywi się iluzją, że taka przyszłość może nadejść, miota się przez całe życie, ale nie osiąga szczęścia, jak żołnierz o pacyfistycznych przekonaniach, który ginie w ostatniej bitwie wielkiej wojny. Dziecko akceptuje świat, bo wie, że innego nie będzie, ale jego świat jest całkiem inny niż wielbłąda - również go akceptuje, ale rozumie, że świat ciągle się zmienia i trzeba go przyjąć za swój, aby móc zacząć go zmieniać według własnych upodobań. Dziecko jest zawsze w żywej, świętej teraźniejszości - to jest jednocześnie przeszłość - to, co zastajemy i przyszłość - pierwsze, wyjściowe stadium spełnienia marzeń. Teraźniejszość jest jednością, akceptacja zrodzona z buntu jest jednością, światło rozjaśniające w ciemności jest jednością, mężczyzna dochodzący do kobiecej i kobieta odkrywająca męską stronę duszy - oto jedność. A co ważniejsze - człowiek odkrywający Boga na tyle, by Bóg mógł się z nim porozumieć, a nawet Bóg w Tobie łączący się z Bogiem na zewnątrz Ciebie - to jest jedność. Bóg Jest Jedność, Bóg Jest, tym, którym Jest bo Jest - to jego główna cecha.
"Bóg jest Miłością,
Zbawieniem moim
i kocha bardzo
nas, dzieci Swe."
Czujesz, że marnujesz czas? Robisz cokolwiek byleby się tylko czymś zająć? I najczęściej nie są to czynności, których wymaga Twoja praca, nauka, rozwój tylko szczegóły, przez które marnujesz czas. Uciekasz. Przygotuj się na walkę, walkę o najwyższą wolność...
Przed Tobą najcięższa walka. Przed Tobą najtrudniejszy przeciwnik. Nieraz w filmach, różnych baśniach i podobnych historiach główny bohater walczy ze swoim lustrzanym odbiciem - to jest metafora. Ty jesteś tym bohaterem i musisz stoczyć walkę z samym sobą i, uwierz mi, będzie to najtrudniejsza walka. W opowieści bohater musi poddać się szybkiej ewolucji, w ciągu jednej walki musi stać się lepszy, ma na to chwilę - musi być lepszy niż przed chwilą. Nie chodzi o to, że Ty też musisz, ale musisz właśnie tego chcieć. I ta walka będzie trwać, a z każdą wygraną bitwą będziesz lepszy. To, czego chcesz, a nie to, co Ci się chce!
Po kolejnej bitwie ze sobą czuję się silniejszy. Tak na prawdę nie można przegrać - po prostu oddala się czas zwycięstwa - jeden człowiek pojmie coś po jednej bitwie, a inny będzie potrzebował ich tysiąc, ten drugi natomiast zrozumie po kilku bitwach, coś co drugi zrozumie dopiero przed śmiercią. Życie tkwi w ilości i różnorodności.
Czasami zdarzają się dni, kiedy nie mam siły, motywacji, ochoty by wstać. Zwijam się wtedy, zwracam do środka. Dowolny obserwator zauważyłby śladowe ilości życia na zewnątrz - w moim ciele - minimum ruchu, podtrzymywanie funkcji życiowych, ale w środku - jak wetknięcie kija w mrowisko. Kłębię się, bucham, rozszerzam, faluję, rozpełzam się jak ameba w śmiertelnym paroksyzmie, jak balon wypełniony rojem pszczół.
Często wtedy próbuję dojść do tego, po co tutaj przybyłem - staram się zrozumieć. Ale się gubię. Gubię się w miłości - gorącej, bliźniego, małżeńskiej, prawdziwej, pierwszej, zakazanej, wszechogarniającej, hipotetycznej, wypalonej. Czym jest miłość? Czym? Czym? Co znaczy kiedy mówię kocham? Co znaczy, kiedy słyszę kocham?
Jak mam zrozumieć? Czasami wątpię w miłość...
Jak kochać bliźniego? Jak znaleźć caritas, pozostawiając amor? Jak wytłumaczyć im, że chcę ich kochać, ale nie ma w tym ani krzty seksu, ani odrobiny pożądania?
Nienawidzę tych dni i tych godzin - czuję, że to nie jest mi potrzebne, że to tylko teoretyzowanie - jak lutnik, który całe życie czyta książki o robieniu skrzypiec, ale nigdy żadnych nie zbudował.
Jak myślisz po co Bóg Cię stworzył?Po co dał Ci życie? Odpowiedź może wydawać Ci się zbyt prosta, tautologiczna i banalna - ale właśnie po to, żebyś żył! Dlaczego stworzył akurat Ciebie, a nie jakiś inny byt, innego człowieka na Twoje miejsce? Dlaczego stworzył Cię takim, a nie innym? Bo właśnie taki masz być, masz być takim, jakim zostałeś stworzony, jakim jesteś. Masz być sobą, nikim innym! Dlatego musisz myśleć samodzielnie, nie możesz myśleć myślami innych. nawet Bóg szanuje Twoją wolną wolę, Twoją autonomię. Dlaczego, o Wielki, nie stworzyłeś nas doskonałymi? Aby to była nasza decyzja, aby była w tym nasza zasługa. Nie, nie zostajemy z tym sam na sam. W każdej chwili mamy do dyspozycji moce, istnienia których nawet nie podejrzewaliśmy. Wszechmocny stworzył nas na własne podobieństwo - dał każdemu z nas swoją cząstkę. Możesz ją nazwać Wyższym Ja, Nadświadomością, czy jak tylko chcesz, a jest to Bóg w Tobie! Jak niby inaczej mogłaby działać modlitwa? W jaki inny sposób my, najmniej doskonali ze wszystkich świadomych istot, moglibyśmy komunikować się z Najdoskonalszym?
Mamy ogromne możliwości jako ludzie, współuczestniczymy w kreacji. Świat nie jest czymś zewnętrznym - czymś niezmiennym, na co nie mamy wpływu - możemy jedynie o tym zapomnieć i pozwolić sobą manipulować - wtedy tworzymy coś, co nam wmówiono, że jest rzeczywistością, a wcale nie musi być!
O ile religia monoteistyczna - w Jedynego - potrzebna jest tym, którzy nigdy o nim nie słyszeli, o tyle Ci, którzy znają ja od urodzenia powinni iść dalej na własną rękę. Bóg jest w Tobie, a Ty szukasz pośredników! Zostaniemy rozliczeni ze wszystkiego, co otrzymaliśmy. Kto więcej otrzymał, od tego więcej wymagać będą! Dostałeś tyle informacji o Jedynym, żyjesz w tak dostatnim kraju (Masz codziennie co jeść? Masz się w co ubrać? Masz gdzie mieszkać?), możesz się swobodnie rozwijać, a tylko gromadzisz. Zakopujesz swoje talenty, a czasami nawet je tracisz! Dostałeś na starcie (teoretycznie 95% Polaków) religię czczącą Jedynego - to jest Twój talent, musisz go pomnożyć, idź dalej, idź za Głosem Pana, który usłyszysz w sobie. Pozwól sobie na ciszę, ucisz się, skup się na słuchaniu. Słuchanie jest większą modlitwą niż pobożne słowa. Religia odbiera indywidualność! Nie twierdzę, że wspólnota jest zła, ale powinna to być wspólnota jednostek, a nie wspólnota szarej masy! Wspólnota tak, ale ludzi świadomych, wierzących i skupiających się w wspólnocie z własnej woli i własnego wyboru, nie kierowani żadnym wewnętrznym (bo te są silniejsze), ani zewnętrznym przymusem. Bóg szanuje Twoją wolna wolę, a kapłani jej uwłaczają! Kościół nie jest tym, czym powinien być, bo zatracił ludzkie podejście do człowieka, równa wszystkich do jednego poziomu - tych, którzy szukają więcej sprowadza niżej, a tych, których to nie obchodzi na siłę ciągnie do góry - wybór niewolnika nic nie znaczy!
Pewnie już słyszałeś - to życie to tylko przejażdżka, przeskok iskry, podróż, chwilowy przystanek. Niektórzy, aby żyło im się tutaj wygodniej, manipulują i więżą rzesze ludzi, starają się utrzymać w nieświadomości, by dalej wyzyskiwać i nie utracić łatwego, przyjemnego, leniwego życia. Garstka dąży do tego, by pracowali na nich wszyscy inni, ale co się stanie, gdy w niewolnikach narodzi się świadomość? Świadomość, że są wolnymi ludźmi i nikt poza nimi samymi nie może narzucić na nich więzów, że jedynie ich własne przekonanie utrzymuje ich w niewoli? Dlaczego obecnie niemożliwa jest równość i braterstwo? Bo niektórzy nie chcą do tego dopuścić! Dlaczego trwa przekonanie, że ludzie nie rodzą się i nie są równi? Bo są tacy, którzy chcą postawić siebie wyżej, by wyjaśnić, wytłumaczyć jakoś ten wyzysk! Nie twierdzę, że ludzie rodzą się tacy sami - wyposażeni jednakowo w cechy psychiczne i fizyczne. Twierdzę, że wszyscy jesteśmy tacy sami, bo wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy dusze, wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga - tylko na tym i aż na tym możemy zbudować nasze braterstwo.
Istnieją trzy poziomy - trzy poziomy wielu aspektów, m. in. trzy poziomy wspólnoty. Pierwszy stopień wtedy, gdy uznajesz, że należysz do masy, do tłumu, bo tak Ci wpojono, akceptujesz bezrefleksyjnie zaistniałe okoliczności - jesteś wtedy trybikiem w maszynie, jesteś częścią machiny. Drugi stopień to moment, kiedy uważasz się za jednostkę, za kogoś innego, różnego i odrębnego, kiedy przeczysz tej machinie, ale tak na prawdę ją umacniasz - jesteś wrogiem, przez którego i dzięki któremu system musi się umacniać, by lepiej Cię zwalczać. Na szczęście jest jeszcze trzeci poziom - kiedy widzisz swoje braterstwo, jedność ludzkości, niepowtarzalność i celowość istnienia każdego człowieka - wtedy przerastasz tą machinę, przerastasz system. Na prawdę nadejdzie Nowa Ziemia i ludzie przekują miecze na lemiesze, kiedy zrozumieją, że nie ma nic takiego, za co warto się zabijać, że to, co najistotniejsze trzeba zdobyć samemu, wygrywając z samym sobą, bez użycia przemocy. To, co najistotniejsze występuje w nieskończonej ilości - to Miłość=Energia=Świadomość=Bóg. Najważniejsze, co możesz wygrać, to własna dusza. Najlepsze, co możesz zdobyć to spokój ducha. Twój brat człowiek nie ma nic materialnego, co warte byłoby odebrania mu życia, nie możesz kosztem jego życia zdobyć nic na prawdę cennego, a może on być dla Ciebie istotną lekcją, której potrzebujesz do zdobycia własnej wolności, do rozwoju ducha!
Wielu ludzi żyło i wielu żyje w urągających człowieczeństwu warunkach. Powodowani strachem szukaliśmy sposobu, by polepszyć swoją, tymczasową, tutaj egzystencję - wynaleźliśmy całą cywilizację żeby nam się lepiej żyło, spędzamy całe życia na troszczenie się o to, żeby nam się lepiej żyło i nie mamy czasu żyć! Wylaliśmy dziecko z kąpielą! Po co chcesz zarobić na najdroższy samochód, najdroższe mieszkanie, najdroższe ubranie i najnowsze (najdroższe) gadżety, skoro nie zatrzymujesz się, aby skosztować tego, co najlepsze w życiu - samego życia? Wielu ludzi żyje z ciągłym głodem czegoś nieuświadomionego, wielu nigdy się nie budzi. Przypominamy dzieci na plastyce, które gromadzą coraz nowsze kredki i coraz lepszy papier, ale wcale nie rysują! Namaluj piękny, bogaty obraz swoim życiem. Wszystko leży w twoich rękach!
A co jeśli ja w ogóle gubię się w kryterium dobra i zła? Co jeśli to pytanie czasami po prostu nie ma sensu? Co jeśli czasami istotniejszym pytaniem jest - co jest rzeczywiste, rzeczywistsze? Potrzebuję Cogito ergo sum! Potrzebuję czegoś, czego realności jestem pewien - mam tu dwa wyjścia: kartezjańskie (zaprzeczam więc) myślę więc jestem? Ale wtedy powielałbym kogoś. Tak w ogóle - to bardziej realne jest to co ja odczuwam, czy to, co myśli większość? Czy uważanie się, że ma się zawsze rację jest złem, narcyzmem, zadufaniem, czy rozpoznawaniem właściwego rozwiązania, bo wszystko jest relatywne i dobre jest to, co dla nas dobre? Może Bóg dał nam relatywizm po to, aby każdy był twórcą rzeczywistości, a rzeczywiste jest wtedy, kiedy uważasz to za oczywiste. "W Twoim życiu rzeczywiste jest wszystko, co uznasz za rzeczywiste - bez wartościowania, uwierz po prostu, że mówi do Ciebie Twoja boska część" - czy tak mam to rozumieć? Czy jeśli uznam coś za rzeczywiste, a większość za nierzeczywiste, to będzie to rzeczywiste czy nie - a może będzie to rzeczywistością dla mnie, a dla nich nierzeczywistością i nie będzie w tym paradoksu?
Drugie wyjście natomiast jest teologiczne - Bóg jest, (więc jest rzeczywistością) więc jestem. Wtedy znaczy to: po pierwsze, że jestem, a po drugie - pochodne od tego, że JESTEM BOGIEM. Że jeśli całkowicie jestem to jestem Bogiem. Bo Bóg i Jestem to jak wiemy pojęcia jednoznaczne. Może jestem tu po to, by cały czas potwierdzać: że 1) jestem, 2) jestem Bogiem (a może bogiem? - cały czas utrzymując monoteizm - może jestem mniejszym stopniem Boga, może jest to wstęp do z NIM zjednoczenia), 3) cały czas wierzyć, że Istniejesz i potwierdzać to swoim życiem (jak? będąc w chwili obecnej - całkowicie ją urzeczywistniając? a jak być?
Jak być? Potrzebuję własnej odpowiedzi. Jestem - wierzę/wiem (jednocześnie transcendentując paradoks z tego wynikający). Ale dlaczego wątpię czy jestem i czy jestem rzeczywisty i czy jestem pasujący, że jestem dobry? Postmoderniści - coście z nami zrobili, popierdoleńcy! Czy to moja myśl - czy czyjaś? Czy jest to ślad, w którym rozpoznaję kulturę, Boga czy siebie? Czy może jeszcze coś innego? Np. coś czego nie potrafię nazwać? Może to wszystko jest rzeczywiste? Wszystko, co da się pomyśleć i wszystko czego się nie da pomyśleć? Może wszystko jest złe i wszystko dobre, ale w zależności od perspektywy? Mam największe wątpliwości i jednocześnie czuję się najrealniej. Jak mam jednocześnie zaprzeczać i w coś wierzyć? Jak mam wyjść poza język? Jak wyjść poza czasowniki? Jak wyjść poza wszystko i jednocześnie być wszystkim? Chyba mi nie odpowiecie, a już na pewno nie słowami.
Szukając tej drogi, która jest moja ważyłem każdy krok, zamiast czynić ją swoją własnymi stopami. Może i jestem nieprzystający, może się duszę w twojej szufladzie! Nie bądźmy dziećmi, nasze prawdy nie muszą do siebie przystawać, żebyśmy mogli się dogadać. Ciężko jest wiedzieć czego się chce, choć chyba jeszcze ciężej nie wiedzieć. Inne jest wtedy źródło frustracji. Różnica jest taka, że kiedy już wiesz, czego chcesz, możesz już o tym marzyć. Jestem leniem, jestem marzycielem, chcę zdobyć swoją własną duszę, chcę do niej dojrzeć, dorosnąć i w końcu uzyskać zjednoczenie, to właśnie oddalenie, które przeżyłem da mi siłę.
Etykiety:
Bóg,
droga do zbawienia,
najgłębsza skłonność serca,
prawda,
spełnienie,
wolność
Tolerancja nie oznacza poparcia
Tolerancja nie oznacza poparcia. Tolerancja oznacza pozwolenie osobie, której poglądy nie zgadzają się z naszymi, na realizację jej własnych wartości i przy założeniu, że z tego powodu nie dzieje się nam lub komukolwiek krzywda.
Nie popieram np. prostytucji, ale nie dzieje mi się krzywda - ponieważ, ani w ten sposób nie pracuję, ani też nie bywam klientem. Nie popieram heroinistów w ich nałogu, ale nic mi do tego. W tych sytuacjach krzywdzą się sami zainteresowani, a tego nie możemy im zabronić. Nie popieram związków homoseksualnych, ale nic mi do tego. Nie popieram komunistów, ani narodowców, ale dopóki działają zgodnie z prawem nie mogę zrobić nic poza akceptacją tego faktu.
Wielu zjawisk nie popieram, część z nich toleruję. Pojawia się jednak problem - do którego momentu powinienem pozwalać działać w mojej obecności osobom, których zachowanie godzi w moje poglądy, choć mieści się w zakresie zjawisk, które akceptuję lub uważam, że powinienem (równego stopnia tolerancji wymagam od przeciętnego, teoretycznego człowieka, również dla moich poglądów). Stosując zasadę "wolności do", pozwalam innym na realizację własnych osobowości i celów dopóki mnie nie krzywdzą. Jeśli krzywdzą mnie każdy przejawem aspektu, którego nie popieram? Do jakiego stopnia mam to znosić? W grę wchodzi tutaj subiektywna ocena - moralność - subiektywne wyznaczanie w jakim stopniu dana czynność jest niekrzywdząca. Każdy ma więc własny zakres wolności, na który pozwala sobie (ergo w takim samym stopniu powinien być tolerancyjny). A co z tymi, którzy nie pozwalają sobie i nie chcą pozwolić innym? W jaki sposób, na jakiej zasadzie dochodzić swoich praw u takich ludzi? Ten, kto znalazł rozwiązanie powinien dostać Nobla.
Nie popieram np. prostytucji, ale nie dzieje mi się krzywda - ponieważ, ani w ten sposób nie pracuję, ani też nie bywam klientem. Nie popieram heroinistów w ich nałogu, ale nic mi do tego. W tych sytuacjach krzywdzą się sami zainteresowani, a tego nie możemy im zabronić. Nie popieram związków homoseksualnych, ale nic mi do tego. Nie popieram komunistów, ani narodowców, ale dopóki działają zgodnie z prawem nie mogę zrobić nic poza akceptacją tego faktu.
Wielu zjawisk nie popieram, część z nich toleruję. Pojawia się jednak problem - do którego momentu powinienem pozwalać działać w mojej obecności osobom, których zachowanie godzi w moje poglądy, choć mieści się w zakresie zjawisk, które akceptuję lub uważam, że powinienem (równego stopnia tolerancji wymagam od przeciętnego, teoretycznego człowieka, również dla moich poglądów). Stosując zasadę "wolności do", pozwalam innym na realizację własnych osobowości i celów dopóki mnie nie krzywdzą. Jeśli krzywdzą mnie każdy przejawem aspektu, którego nie popieram? Do jakiego stopnia mam to znosić? W grę wchodzi tutaj subiektywna ocena - moralność - subiektywne wyznaczanie w jakim stopniu dana czynność jest niekrzywdząca. Każdy ma więc własny zakres wolności, na który pozwala sobie (ergo w takim samym stopniu powinien być tolerancyjny). A co z tymi, którzy nie pozwalają sobie i nie chcą pozwolić innym? W jaki sposób, na jakiej zasadzie dochodzić swoich praw u takich ludzi? Ten, kto znalazł rozwiązanie powinien dostać Nobla.
O seksualności
Moim skromnym zdaniem, na świecie panuje obecnie zamęt. Wiadomo, że jedno przeciwieństwo, jedna skrajność rodzi drugą. Z chaosu wyłoni się porządek.
Przez wieki ludzie postępowali zgodnie ze swoją naturą, społeczeństwo nakazało stłumić niektóre odruchy. Na przykład nasze polskie społeczeństwo do niedawna było bardzo pruderyjne, o seksie nie rozmawiano w towarzystwie - co najwyżej opowiadano sprośne kawały. Seks był tabu. Moralność, starsi uczestnicy kultury, religia - wszystko to nakazywało tłumienie seksualności. Wywoływano w nas poczucie winy, kiedy myśleliśmy o tej części ludzkiego życia. Okaleczono nas, implikując nam w psychice sędziego, który potwierdza nam to, co sądzi społeczeństwo - mianowicie, że seks jest zły, że jest jakimś przywilejem, na który można sobie pozwolić tylko po ślubie, że ma służyć jedynie do przedłużenia gatunku. Wstyd, jest czymś szkodliwym - nie chcę żeby to odczytano skrajnie, ale wstyd, który narzuca nam nasza kultura jest zły i krzywdzący, potęguje to, co miał tłumić. Zakazany owoc smakuje najlepiej - czasami smakuje jedynie dlatego, że jest zakazany. Restrykcje powodują i spowodują wybuch seksu.
Jesteśmy istotami cielesnymi, jest to fakt, jest on boleśnie niezaprzeczalny. Dlaczego nasza kultura każe nam się tego zaprzeć? Nie możemy się temu przeciwstawić, dlaczego więc mamy tego nie zaakceptować? Pogódźmy się z tym - trudno, mamy ciała. Ciała, które mają swoje fizyczne potrzeby - snu, pożywienia, utrzymywania stałej temperatury (np. poprzez stosowanie odzieży), ochrony przed fizycznym uszkodzeniem i wreszcie (least but not last) seksu. Z tego, że mamy ciała wynika jednoznacznie (żeby nie powtórzyć sformułowania "boleśnie niezaprzeczalnie"), że potrzebujemy seksu. Wszystkie istoty żywe, posiadające materialne ciała, rozmnażają się. Te, które są trochę bardziej skomplikowane (już od drożdży, jeśli się nie mylę) robią to poprzez seks, a w miarę zbliżania się do szczytu drabiny ewolucji, czerpią z tego przyjemność (orangutany, szympansy, goryle... i człowiek). Nie będzie błędem, jeśli stwierdzę, że (w skali globalnej - międzygatunkowej) wszystko i wszyscy się pieprzą! Seks widać wszędzie! Jest to naturalna, nieodłączna cecha sprzężona z faktem bycia materialną istotą żywą. To są fakty! Nic dobrego nie wynika z zaprzeczania faktom. Co dobrego wyniknie, jeśli ktoś zaprzeczy zjawisku grawitacji - że po wyskoczeniu z dziesiątego piętra nie zderzy się śmiertelnie z chodnikiem? Co dobrego wyniknie z przeczenia temu faktowi, że seks jest dla człowieka naturalny?
Ale posiadanie ciała to tylko jedna strona medalu - błąd popełniają Ci, którzy na nim poprzestają. Istnieje dusza. Ten fakt może potwierdzić dla Ciebie tylko Twoja własna - nie ma innego, naukowego dowodu - nauka tutaj nie sięga, choć ludzie wierzący w naukę twierdzą, że jest jedynym słusznym narzędziem poznania. Niestety nie, to nie jest takie proste - nauka ma zastosowanie tylko do fizycznej rzeczywistości i praw nią rządzących. Im więcej sił niematerialnych, tym nauka jest bardziej bezradna. Najprostszy przykład - psychiatrzy, filozofowie, ontologowie, kognitywiści - wszyscy starają się stworzyć teorię ludzkiego umysłu bez akceptacji faktu istnienia duszy - teorie, w których coraz trudniej znaleźć błąd logiczny, ale czy gdybyśmy nie rozumieli faktu grawitacji, to umielibyśmy zaprzeczyć teorii, że istnieje w atmosferze siła, która spycha nas w kierunku Ziemi (zamiast siły, która nas do niej przyciąga), a jeśli już mowa o grawitacji - naukowcy wiedzą jak działa, ale nie dlaczego. Im głębiej w duszę, tym bardziej nauka się rozmywa i nie można zastosować jej praw, to rzeczywistość duszy. Celowo też użyłem sformułowania "ludzie, którzy wierzą w naukę" - są tacy, którzy wierzą, że dzięki nauce mogą poznać i zrozumieć wszystko - Ci są nawet gorsi od kapłanów, bo tą wiarę nazywają wiedzą.
Jesteśmy pełni podziwu dla naszych przodków - dla naukowców oświecenia, pozytywizmu. Dla materialistów, dzięki którym zaczęliśmy wykorzeniać zabobony i zdobywać konkretną, sprawdzoną doświadczalnie wiedzę. Dzięki nim powstała dzisiejsza nauka w jej obecnym kształcie. Ale nauka już nie wystarcza - uczenie człowieka posługiwania się bronią bez uświadomienia moralnego spowoduje, że będzie strzelał do ludzi jak do ruchomych celów. Smoczek, który jest dobry dla niemowlęcia - starszemu dziecku wykrzywi zgryz. Wyłącznie naukowo-materialistyczne podejście jest już przestarzałe, archaiczne, szkodliwe, niewystarczające, nie spełnia funkcji. Ludzkość potrzebuje już innej drabiny rozwoju - to my kształtujemy teraz ewolucję naszego gatunku. Poleganie wyłącznie na nauce jest tak samo szkodliwe, jak jej odrzucenie. Faktem jest, że mamy ciała. Twoja własna dusza potwierdzi, że istnieje, a jeśli nie, to jesteś, człowieku, chory, a choroby duszy są gorsze od chorób ciała.
Wstyd nie wynikający z naszych przekonań (nie narzuconych przez kulturę, ale wybranych świadomie) jest szkodliwy, ale nie popadajmy w skrajności - wierzę w zwykłą ludzką przyzwoitość. Ludzie często mają tendencję do miotania się od jednej skrajności do drugiej. Jesteśmy niewolnikami skrajności. W naszym społeczeństwie pełno jest paradoksów - od kobiety wymaga się, żeby była pociągająca, zmysłowa i naładowana seksem, ale jest to dziedzina życia, która jest jej przeznaczona dopiero po ślubie albo szybko dostanie łatkę - Puszczalska. Od mężczyzn wymaga się skrajnej fizyczności - dużych mięśni, dużych rozmiarów penisa i sprawności seksualnej buhaja, jednocześnie wymagając wrażliwości i empatii. Faktem jest jednak, że w procesie ewolucji oddalamy się od naszych zwierzęcych przodków - stajemy się i chcemy się stać bardziej mężczyznami, a mniej zwierzętami. Ci, którzy tego nie rozumieją, opóźniają proces uduchowienia wrzucają nas do innego worka - razem z homoseksualistami.
Jeśli mężczyzna wykazuje dużą aktywność seksualną, mając równie duże potrzeby seksualne bardzo łatwo może być uważany za zwierze ogarnięte seksem. Temu samemu mężczyźnie ukazującemu wrażliwą stronę zostanie przypięta łatka - "ciota". Społeczeństwa targają nami poprzez skrajności, a my godzimy się na to. Uznajemy niepisane prawa kultury - oddajemy innym ludziom władzę nad sobą. Już dość robienia tego, czego chcą od nas inni - każdy z nas jest tu po to, by być sobą. Gwarantuję, że wtedy poprawiłoby się życie na Ziemi - szczęśliwi ludzie nie bywają źli. Prawdziwe szczęście można osiągnąć tylko przez osiągnięcie harmonii, zjednoczenie duszy i ciała dzięki umysłowi. Naszym celem na przyszłość musi być tak samo jak połączenie duszy i ciała przez umysł, tak również zjednoczenie nauki i religii przez filozofię i antropologię kulturową.
Tak samo, jak wyrośliśmy z tej przestarzałej moralności, tak samo wyrastamy z obecnej, dogmatycznej, skostniałej, urzędowej religii. Koniec. Od teraz każdy powinien wziąć odpowiedzialność za swoją duszę na siebie! Ludzie chętnie pozbywają się odpowiedzialności, zwłaszcza tej najtrudniejszej i najważniejszej - za własną duszę. Kapłani jako kasta wykształcili się już dawno - już dawno zaczęli to wykorzystywać. I to jest właśnie najcięższy zarzut przeciwko nim - zachęcają i utwierdzają w rezygnowaniu z samodzielnego zbawiania się, ale jest to niemożliwe - każdy umiera sam. Wspaniały nauczyciel pokazał nam jak można się zbawić - Jezus Chrystus od początku żył życiem zbawionego, przebudzonego. On jest drogą - nie powinniśmy poprzestawać na dziękowaniu mu za zbawienie - On wykonał tylko połowę - pokazał, że jest to możliwe i jaka droga do tego wiedzie. Druga połowa zadania należy do Ciebie i nie może jej wykonać nikt poza Tobą, bo to jest właśnie wolna wola, a Bóg szanuje Twoją wolną wolę. On tak szanuje naszą wolną wolę, że pozwolił na męczeńską śmierć swego boskiego Syna w śmiertelnym, ludzkim ciele i o bosko-ludzkim umyśle. Musimy pojąć, że tkwi w nas tak wielka siła - wolna wola i odpowiedzialność za jej wykorzystanie. To wielki zaszczyt, wielka szansa i ogromne zagrożenie - możemy osiągnąć powszechny pokój i wieczne szczęście, ale też możemy doprowadzić do własnej zagłady.
Przez wieki ludzie postępowali zgodnie ze swoją naturą, społeczeństwo nakazało stłumić niektóre odruchy. Na przykład nasze polskie społeczeństwo do niedawna było bardzo pruderyjne, o seksie nie rozmawiano w towarzystwie - co najwyżej opowiadano sprośne kawały. Seks był tabu. Moralność, starsi uczestnicy kultury, religia - wszystko to nakazywało tłumienie seksualności. Wywoływano w nas poczucie winy, kiedy myśleliśmy o tej części ludzkiego życia. Okaleczono nas, implikując nam w psychice sędziego, który potwierdza nam to, co sądzi społeczeństwo - mianowicie, że seks jest zły, że jest jakimś przywilejem, na który można sobie pozwolić tylko po ślubie, że ma służyć jedynie do przedłużenia gatunku. Wstyd, jest czymś szkodliwym - nie chcę żeby to odczytano skrajnie, ale wstyd, który narzuca nam nasza kultura jest zły i krzywdzący, potęguje to, co miał tłumić. Zakazany owoc smakuje najlepiej - czasami smakuje jedynie dlatego, że jest zakazany. Restrykcje powodują i spowodują wybuch seksu.
Jesteśmy istotami cielesnymi, jest to fakt, jest on boleśnie niezaprzeczalny. Dlaczego nasza kultura każe nam się tego zaprzeć? Nie możemy się temu przeciwstawić, dlaczego więc mamy tego nie zaakceptować? Pogódźmy się z tym - trudno, mamy ciała. Ciała, które mają swoje fizyczne potrzeby - snu, pożywienia, utrzymywania stałej temperatury (np. poprzez stosowanie odzieży), ochrony przed fizycznym uszkodzeniem i wreszcie (least but not last) seksu. Z tego, że mamy ciała wynika jednoznacznie (żeby nie powtórzyć sformułowania "boleśnie niezaprzeczalnie"), że potrzebujemy seksu. Wszystkie istoty żywe, posiadające materialne ciała, rozmnażają się. Te, które są trochę bardziej skomplikowane (już od drożdży, jeśli się nie mylę) robią to poprzez seks, a w miarę zbliżania się do szczytu drabiny ewolucji, czerpią z tego przyjemność (orangutany, szympansy, goryle... i człowiek). Nie będzie błędem, jeśli stwierdzę, że (w skali globalnej - międzygatunkowej) wszystko i wszyscy się pieprzą! Seks widać wszędzie! Jest to naturalna, nieodłączna cecha sprzężona z faktem bycia materialną istotą żywą. To są fakty! Nic dobrego nie wynika z zaprzeczania faktom. Co dobrego wyniknie, jeśli ktoś zaprzeczy zjawisku grawitacji - że po wyskoczeniu z dziesiątego piętra nie zderzy się śmiertelnie z chodnikiem? Co dobrego wyniknie z przeczenia temu faktowi, że seks jest dla człowieka naturalny?
Ale posiadanie ciała to tylko jedna strona medalu - błąd popełniają Ci, którzy na nim poprzestają. Istnieje dusza. Ten fakt może potwierdzić dla Ciebie tylko Twoja własna - nie ma innego, naukowego dowodu - nauka tutaj nie sięga, choć ludzie wierzący w naukę twierdzą, że jest jedynym słusznym narzędziem poznania. Niestety nie, to nie jest takie proste - nauka ma zastosowanie tylko do fizycznej rzeczywistości i praw nią rządzących. Im więcej sił niematerialnych, tym nauka jest bardziej bezradna. Najprostszy przykład - psychiatrzy, filozofowie, ontologowie, kognitywiści - wszyscy starają się stworzyć teorię ludzkiego umysłu bez akceptacji faktu istnienia duszy - teorie, w których coraz trudniej znaleźć błąd logiczny, ale czy gdybyśmy nie rozumieli faktu grawitacji, to umielibyśmy zaprzeczyć teorii, że istnieje w atmosferze siła, która spycha nas w kierunku Ziemi (zamiast siły, która nas do niej przyciąga), a jeśli już mowa o grawitacji - naukowcy wiedzą jak działa, ale nie dlaczego. Im głębiej w duszę, tym bardziej nauka się rozmywa i nie można zastosować jej praw, to rzeczywistość duszy. Celowo też użyłem sformułowania "ludzie, którzy wierzą w naukę" - są tacy, którzy wierzą, że dzięki nauce mogą poznać i zrozumieć wszystko - Ci są nawet gorsi od kapłanów, bo tą wiarę nazywają wiedzą.
Jesteśmy pełni podziwu dla naszych przodków - dla naukowców oświecenia, pozytywizmu. Dla materialistów, dzięki którym zaczęliśmy wykorzeniać zabobony i zdobywać konkretną, sprawdzoną doświadczalnie wiedzę. Dzięki nim powstała dzisiejsza nauka w jej obecnym kształcie. Ale nauka już nie wystarcza - uczenie człowieka posługiwania się bronią bez uświadomienia moralnego spowoduje, że będzie strzelał do ludzi jak do ruchomych celów. Smoczek, który jest dobry dla niemowlęcia - starszemu dziecku wykrzywi zgryz. Wyłącznie naukowo-materialistyczne podejście jest już przestarzałe, archaiczne, szkodliwe, niewystarczające, nie spełnia funkcji. Ludzkość potrzebuje już innej drabiny rozwoju - to my kształtujemy teraz ewolucję naszego gatunku. Poleganie wyłącznie na nauce jest tak samo szkodliwe, jak jej odrzucenie. Faktem jest, że mamy ciała. Twoja własna dusza potwierdzi, że istnieje, a jeśli nie, to jesteś, człowieku, chory, a choroby duszy są gorsze od chorób ciała.
Wstyd nie wynikający z naszych przekonań (nie narzuconych przez kulturę, ale wybranych świadomie) jest szkodliwy, ale nie popadajmy w skrajności - wierzę w zwykłą ludzką przyzwoitość. Ludzie często mają tendencję do miotania się od jednej skrajności do drugiej. Jesteśmy niewolnikami skrajności. W naszym społeczeństwie pełno jest paradoksów - od kobiety wymaga się, żeby była pociągająca, zmysłowa i naładowana seksem, ale jest to dziedzina życia, która jest jej przeznaczona dopiero po ślubie albo szybko dostanie łatkę - Puszczalska. Od mężczyzn wymaga się skrajnej fizyczności - dużych mięśni, dużych rozmiarów penisa i sprawności seksualnej buhaja, jednocześnie wymagając wrażliwości i empatii. Faktem jest jednak, że w procesie ewolucji oddalamy się od naszych zwierzęcych przodków - stajemy się i chcemy się stać bardziej mężczyznami, a mniej zwierzętami. Ci, którzy tego nie rozumieją, opóźniają proces uduchowienia wrzucają nas do innego worka - razem z homoseksualistami.
Jeśli mężczyzna wykazuje dużą aktywność seksualną, mając równie duże potrzeby seksualne bardzo łatwo może być uważany za zwierze ogarnięte seksem. Temu samemu mężczyźnie ukazującemu wrażliwą stronę zostanie przypięta łatka - "ciota". Społeczeństwa targają nami poprzez skrajności, a my godzimy się na to. Uznajemy niepisane prawa kultury - oddajemy innym ludziom władzę nad sobą. Już dość robienia tego, czego chcą od nas inni - każdy z nas jest tu po to, by być sobą. Gwarantuję, że wtedy poprawiłoby się życie na Ziemi - szczęśliwi ludzie nie bywają źli. Prawdziwe szczęście można osiągnąć tylko przez osiągnięcie harmonii, zjednoczenie duszy i ciała dzięki umysłowi. Naszym celem na przyszłość musi być tak samo jak połączenie duszy i ciała przez umysł, tak również zjednoczenie nauki i religii przez filozofię i antropologię kulturową.
Tak samo, jak wyrośliśmy z tej przestarzałej moralności, tak samo wyrastamy z obecnej, dogmatycznej, skostniałej, urzędowej religii. Koniec. Od teraz każdy powinien wziąć odpowiedzialność za swoją duszę na siebie! Ludzie chętnie pozbywają się odpowiedzialności, zwłaszcza tej najtrudniejszej i najważniejszej - za własną duszę. Kapłani jako kasta wykształcili się już dawno - już dawno zaczęli to wykorzystywać. I to jest właśnie najcięższy zarzut przeciwko nim - zachęcają i utwierdzają w rezygnowaniu z samodzielnego zbawiania się, ale jest to niemożliwe - każdy umiera sam. Wspaniały nauczyciel pokazał nam jak można się zbawić - Jezus Chrystus od początku żył życiem zbawionego, przebudzonego. On jest drogą - nie powinniśmy poprzestawać na dziękowaniu mu za zbawienie - On wykonał tylko połowę - pokazał, że jest to możliwe i jaka droga do tego wiedzie. Druga połowa zadania należy do Ciebie i nie może jej wykonać nikt poza Tobą, bo to jest właśnie wolna wola, a Bóg szanuje Twoją wolną wolę. On tak szanuje naszą wolną wolę, że pozwolił na męczeńską śmierć swego boskiego Syna w śmiertelnym, ludzkim ciele i o bosko-ludzkim umyśle. Musimy pojąć, że tkwi w nas tak wielka siła - wolna wola i odpowiedzialność za jej wykorzystanie. To wielki zaszczyt, wielka szansa i ogromne zagrożenie - możemy osiągnąć powszechny pokój i wieczne szczęście, ale też możemy doprowadzić do własnej zagłady.
Etykiety:
antropologia,
Bóg,
Dusza,
filozofia,
seks,
seksualność
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)